Anita Pendziałek

Z Anitą Pendziałek, dziennikarką polsko-niemieckiej redakcji „Mittendrin”, rozmawiała Anna Durecka.

 

Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie. W jakim domu się Pani wychowała? Czy język niemiecki był w nim obecny?

 

Odkąd pamiętam znałam język niemiecki. W moim domu w dzieciństwie praktycznie była tylko niemiecka telewizja, niemieckie gazety, katalogi i niemieckie kasety VHS z bajkami! Wszystkie disnejowskie bajki i inne superprodukcje oglądałam po niemiecku. Wieczór z mamą przed TV, zależnie od dnia tygodnia, albo oznaczał oglądanie jakiegoś filmu z niemieckim dubbingiem, serialu typu „Sturm der Liebe”, „Traumhochzeit” albo „Schlager-Hitparade”. Jeszcze wcześniej jako mała dziewczynka wieczorem odmawiałam pacierz z ojcem, a potem były obowiązkowo wierszyki, rymowanki i piosenki po niemiecku. Do tego wszystkiego spora część mojej rodziny mieszka w Niemczech – ciocie, wujkowie, kuzynowie, nawet cała trójka mojego rodzeństwa. Z kuzynostwem praktycznie tylko po niemiecku rozmawiałam. Niemiecki gościł również w domu moich dziadków. Oma Anna podczas gotowania obiadu przy „kachloku” zawsze coś se tam po niemiecku nuciła pod nosem, wieczorami oglądała „Bergdoktora”, a dla mnie specjalnie zawsze robiła Arme Ritter – była to bułka maczana w mleku, smażona na maśle i posypywana cukrem. Smak mojego dzieciństwa! Dziadek z kolei podczas popołudniowej przerwy słuchał kaset z niemieckimi szlagrami. Podczas rodzinnych imprez to on „zapodawał nutę” i zaczynał śpiewać jakieś niemieckie piosenki, które oczywiście kilka sekund później wszyscy śpiewali. Kiedyś chyba nie było u mnie w domu urodzin bez śpiewania. Opa Franz należał też oczywiście do DFK, zresztą moi rodzice i dziadkowie też. To on jest jednak osobą, dzięki której się właściwie zaangażowałam w działalność mniejszości niemieckiej. Zawsze to mówię, ale powiem to jeszcze raz – zdecydowałam się związać zawodowo z mniejszością i poświęcać (naprawdę sporą) część mojego wolnego czasu mniejszości, bo nie chcę, żeby życie, starania, troski i trud ludzi, którzy byli tacy jak mój dziadek, poszedł w zapomnienie.

 

Kiedy zacząła Pani świadomie zastanawiać się nad swoją tożsamością? Jak budziła się w Pani niemieckość czy też była ona zawsze obecna?

 

Właściwie to zawsze było dla mnie oczywiste, że moja rodzina jest też niemiecka. W dzieciństwie i wczesnej młodości jakoś się nie zastanawiałam nad tego typu kwestiami. Obecność dwóch języków (a może nawet trzech, bo w domu po śląsku i niemiecku, a w szkole po polsku), niemieckich i śląskich zwyczajów, kultury to było dla mnie coś normalnego. Dopiero później w czasach liceum, kiedy poszło się do szkoły do miasta, a tam już nie było samych „Ślonzoków i Nimców”, zaczęło do mnie docierać, że jesteśmy „inni”. Czasami może nawet i gorsi, bo za takich nawet co niektórzy nauczyciele nas uważali. W liceum chodziłam do klasy dwujęzycznej. Wszyscy w tej klasie byliśmy praktycznie ze wsi i każdy z nas umiał ten język z domu. Więc zdarzało nam się usłyszeć, że my „to tylko przecież szprechać umiemy i nic poza tym, więc dużo od nas wymagać nie można”. Kiedy z perspektywy czasu o tym pomyślę, to trochę przykro się robi…

 

Czy interesowała się Pani losami swojej rodziny, swoim pochodzeniem? Czy wie Pani, kim byli przodkowie i kim oni się czuli. Czy miało to wpływ na kształtowanie się pani tożsamości?

 

Kiedy zaczęłam studia na PWSZ w Raciborzu, trafiłam w ramach praktyk do polsko-niemieckiej redakcji „Mittendrin”, która działa przy Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym Niemców Województwa Śląskiego i w której zresztą pracuję do dziś. To był pierwszy rok studiów, 2007. Odkąd zaczęłam tam pracować, coraz bardziej zaczynałam poznawać sprawę Niemców na Śląsku, od podszewki. Wcześniej wiedziałam o niemieckości mojej rodziny, o istnieniu i działalności DFK, o tym, że istnieje coś takiego jak mniejszość, ale nigdy w te tematy za bardzo się nie wgłębiałam. To wtedy dopiero zaczęłam grzebać w papierach, dopytywać, kto się jak nazywał i kim był. Wtedy odkryłam na przykład, że moja babcia ze strony ojca właściwie była Johanną, a nie Janiną (jej imię zostało spolszczone) i że w drzewie genealogicznym mojej rodziny, gdyby go tak mocno rozszerzyć, toby się nawet Gebrüder Grimm znaleźli, ponieważ kuzynka Omy Anny, która mieszka w Niemczech i ma na nazwisko Grimm, miała męża, który był właśnie z tych Grimmów.

 

Co Pani dała praca w strukturach mniejszości?

 

Mniejszość skradła moje życie i mój czas wolny! To oczywiście taki żartobliwy zarzut, ale rzeczywiście robię naprawdę mało rzeczy nie związanych z mniejszością. Jestem przewodniczącą naszego DFK w Gamowie, działam również jako członek zarządu TSKN w Woj. Śląskim i z tego tytułu jestem również delegatem do VdG i od jakiegoś czasu członkiem Rady Kuratorów Fundacji przy Górnośląskim Centrum Kultury i Spotkań im. Eichendorffa w Łubowicach. Oprócz tego zawodowo związana jestem z medium mniejszości niemieckiej, więc cały czas mam styczność z tematami mniejszościowymi. Mniejszość chyba w 90 procentach wypełnia moje życie! Angażowanie się w strukturach i praca w mediach pozwala mi na poznawanie bardzo wielu ludzi, bardzo wielu historii, bardzo wielu miejsc, zdarzeń i innych cennych rzeczy. To dla mnie ogromny skarb.

 

Czy rozważała Pani wyjazd na stałe do Niemiec?

 

Za czasów liceum i studiów marzyłam o dużym mieście, m.in. ze względu na dostęp do kultury. To, plus lepsze życie i fakt, że w Niemczech mieszka spora część mojej rodziny, łącznie z rodzeństwem, sprawiało, że myślałam też o Niemczech. Dziś jednak coraz bardziej do mnie dociera, że po pierwsze – żaden mieszczuch ze mnie, a po drugie – że moje miejsce jest na Śląsku. Uwielbiam naturę, spokój, duże otwarte przestrzenie… Lubię pracę w ogródku, lubię pić kawę albo czytać książkę na moim podwórku. Lubię moje miejsce. A ono jest tu, gdzie teraz mieszkam. Tu są też moi ludzie i moje wspomnienia. Zabrzmię pewnie jak stara babcia, ale to tu jest mój Heimat i tu chciałabym zostać. Mam nadzieję, że los mi na to pozwoli.

 

***

 

Mit Anita Pendziałek, Journalistin der deutsch-polnischen Redaktion „Mittendrin”, sprach Anna Durecka.

 

Erzählen Sie bitte über Ihre Kindheit. In was für einem Zuhause sind Sie aufgewachsen? War die deutsche Sprache dort präsent?

 

So weit ich zurückdenken kann, konnte ich Deutsch. Bei mir zuhause gab es im meiner Kindheit praktisch nur deutsches Fernsehen, deutsche Zeitungen, Kataloge und deutsche VHS-Kassetten mit Märchen! Alle Disney-Märchen und andere Superproduktionen schaute ich mir auf Deutsch an. Ein TV-Abend mit meiner Mutti bedeutete je nach Wochentag entweder ein Film mit deutscher Synchronisation, eine Serie wie Sturm der Liebe, Traumhochzeit oder eine Schlager-Hitparade. Noch früher, als kleines Mädchen, sprach ich abends zusammen mit meinem Vater immer ein Gebet und dann gab es obligatorisch Gedichte, Reime und Lieder auf Deutsch. Zu alledem lebt ein beträchtlicher Teil meiner Familie in Deutschland: Tanten, Onkel, Cousins, ja sogar alle drei meiner Geschwister. Mit meinen Cousins habe ich praktisch immer nur Deutsch gesprochen. Auch bei meinen Großeltern war die deutsche Sprache ein ständiger Gast. Oma Anna summte beim Kochen des Mittagsessens am „Kachlok“ immer etwas auf Deutsch vor sich hin, abends schaute sie sich den Bergdoktor an und für mich machte sie immer wieder extra Arme Ritter – eine Art Brötchen, in Milch eingetaucht, in Butter gebraten und mit Zucker bestreut. Der Geschmack meiner Kindheit! Mein Opa wiederum hörte in der Nachmittagspause gerne mal Kassetten mit deutschen Schlagern. Bei Familienfeiern war er es, der „den Ton angab“, indem er deutsche Lieder anstimmte, die nur Sekunden später alle wie selbstverständlich sangen. Früher hat es bei mir zuhause wohl keine Geburtstagsfeier ohne Gesang gegeben. Opa Franz gehörte natürlich auch dem DFK an, meine Eltern übrigens ebenfalls. Er ist allerdings derjenige, dem ich mein Engagement für die deutsche Minderheit eigentlich zu verdanken habe. Ich sage das immer wieder und ich sage es jetzt noch einmal: Ich habe mich dafür entschieden, mich beruflich mit der Minderheit zu verbinden, und ich schenke der Minderheit auch einen ganz erheblichen Teil meiner Freizeit, denn ich will nicht, dass das Leben, die Anstrengungen, Sorgen und Mühe von Menschen wie meinem Großvater in Vergessenheit geraten.

 

Wann haben Sie begonnen, sich bewusst über Ihre Identität Gedanken zu machen? Wie ist Ihr Deutschsein in Ihnen erwacht? Oder war es schon immer präsent?

 

Mir war eigentlich schon immer klar, dass meine Familie auch deutsch ist. In meiner Kindheit und frühen Jugend dachte ich irgendwie nicht über diese Dinge nach… Die Präsenz von zwei Sprachen (oder vielleicht sogar drei, denn zuhause war es Schlesisch und Deutsch und in der Schule Polnisch), deutschen und schlesischen Sitten und Kultur war für mich ganz normal. Erst später, in meiner Oberschulzeit, als man auf eine städtische Schule gegangen ist, wo es nicht mehr lauter „Schlonsoki und Nimtzi” gab, begann es mir einzuleuchten, dass wir „anders“ sind, ja manchmal sogar „minderwertig“, zumindest nach Meinung mancher Leute, darunter sogar einiger Lehrer. Auf der Oberschule habe ich eine zweisprachige Klasse besucht. So gut wie alle in dieser Klasse waren vom Lande und jeder von uns konnte Deutsch von zuhause. Und so bekamen wir auch hin und wieder zu hören, dass wir „ja nur sprechatsch können und sonst nichts, da kann man von uns auch nicht viel verlangen.“ Wenn ich manchmal rückblickend daran denke, wird mir schwerer ums Herz…

 

Haben Sie sich für das Schicksal Ihrer Familie und ihre Herkunft interessiert? Wissen Sie, wer Ihre Vorfahren waren und als was sie sich empfanden? Hat dies auch Ihre Identitätsentwicklung beeinflusst?

 

Als ich mit meinem Studium an der Ratiborer Fachhochschule begann, kam ich im Rahmen praktischer Übungen einmal in die deutsch-polnische Mittendrin-Redaktion, die bei der Sozial-Kulturellen Gesellschaft der Deutschen in der Woiwodschaft Schlesien besteht und in der ich übrigens bis heute tätig bin. Das war mein erstes Studienjahr, das Jahr 2007. Nachdem ich dort zur Mitarbeiterin wurde, lernte ich nach und nach die Belange der Deutschen in Schlesien in- und auswendig kennen. Früher hatte ich zwar bereits von der deutschen Prägung meiner Familie gewusst, von der Existenz und Tätigkeit des DFK und davon, dass es so etwas wie eine deutsche Minderheit gab, aber ich hatte mich nie allzu sehr in diese Themen vertieft. Erst damals begann ich in Papieren zu stöbern und mich zu erkundigen, wer wie geheißen hat und was er bzw. sie war. Dabei entdeckte ich z.B., dass meine Großmutter väterlicherseits eigentlich eine Johanna war und nicht Janina (ihr Vorname wurde polonisiert) und dass im Stammbaum meiner Familie, würde man ihn weit genug ausdehnen, sich sogar die Gebrüder Grimm finden würden, weil eine Cousine von Oma Anna, die in Deutschland lebt und mit Nachnamen Grimm heißt, einen Ehemann hatte, der gerade von diesen Grimms abstammt.

 

Was hat Ihnen Ihre Arbeit in den Strukturen der Minderheit gegeben?

 

Die Minderheit hat mein Leben und meine Freizeit gestohlen! Das ist natürlich nur ein scherzhafter Vorwurf, aber ich tue tatsächlich nur wenige Dinge, die keinen Zusammenhang zur Minderheit haben. Ich bin Vorsitzende unseres DFK in Gammau, bin im Vorstand der SKGD in der Woiwodschaft Schlesien tätig und aus diesem Grund bin ich auch Delegierte zum VdG und seit einiger Zeit auch noch Mitglied im Kuratorenrat der Stiftung Oberschlesisches Eichendorff-Kultur- und Begegnungszentrum in Lubowitz. Außerdem bin ich beruflich mit einem Medium der deutschen Minderheit verbunden und bleibe daher fortwährend mit Themen rund um die Minderheit in Berührung. Die Minderheit füllt mein Leben wohl zu 90 Prozent! Mein Engagement in den Strukturen und die Medienarbeit ermöglichen es mir, sehr viele Menschen kennenzulernen, sehr viele Geschichten, sehr viele Orte, Ereignisse und andere wertvolle Dinge. Das ist für mich ein großer Schatz.

Haben Sie schon mal eine Ausreise nach Deutschland in Erwägung gezogen?

 

In meiner Oberschul- und Studienzeit träumte ich von einer Großstadt, nicht zuletzt wegen des Zugangs zur Kultur. Das Plus einem besseren Leben und die Tatsache, dass ein erheblicher Teil meiner Familie einschließlich meiner Geschwister in Deutschland lebt, ließ mich immer wieder auch an Deutschland denken. Inzwischen aber wird mir zunehmend klar, das ich erstens gar kein Stadtmensch bin, und zweitens, dass mein Platz in Schlesien ist. Ich liebe die Natur, Ruhe und Stille, große offene Räume… Ich mag es sehr gern, im Garten zu arbeiten und in meine Hof mal einen Kaffee zu trinken oder in einem Buch zu lesen. Ich mag diesen meinen Ort. Und dieser ist dort, wo ich jetzt lebe. Dort sind auch meine Leute und meine Erinnerungen. Ich dürfte mich jetzt sicherlich wie eine alte Oma anhören, aber es ist hier, wo meine Heimat ist, und hier möchte ich bleiben. Ich hoffe, dass das Schicksal es mir gestatten wird.