Dr Tomasz Grzyb

Dr Tomasz Grzyb

Z dr. Tomaszem Grzybem, adiunktem w katedrze Psychologii Społecznej wrocławskiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, Rudolf Urban rozmawia o społecznych konsekwencjach planów poszerzenia miasta Opola.

 

Prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski w bardzo nietypowy sposób zaprezentował swoje plany poszerzenia Opola o kilka ościennych sołectw i niemal natychmiast poczynił pierwsze konkretne kroki, doprowadzając do podjęcia przez radę miasta uchwały o konsultacjach ws. granic miasta. Czy prezydent po prostu nie spalił swojego pomysłu, tak go od początku prezentując?

 

Nie jestem w stanie ocenić sensowności projektu z ekonomicznego punktu widzenia, ponieważ jestem psychologiem, a nie ekonomistą. Ale jeśli rozmawiamy o perspektywie społecznej, trudno sobie wyobrazić gorzej przeprowadzoną formę prezentacji pomysłu poszerzenia Opola. Bo komunikat, który otrzymali mieszkańcy miejscowości wokół Opola, jest taki: Za bardzo nas nie interesujecie i nie bardzo się przejmujemy tym, co powiecie. Nie łudźcie się również, że wyniki jakichkolwiek konsultacji zmienią to, co już postanowiliśmy.

 

Przypomina to pewien eksperyment, który ma pokazać, czym różni się ekonomia od psychologii: W grze biorą udział dwie osoby, z których jedna jest dyktatorem, a druga akceptuje udział lub nie. Pierwsza osoba otrzymuje np. 20 dolarów, które ma podzielić między siebie a tę drugą osobę według własnego uznania. Druga osoba może taki narzucony podział przyjąć i wtedy obie otrzymują pieniądze, lub odrzuci go i w takim przypadku żadna z nich nie dostanie pieniędzy. Ekonomiści mówią, że jeśli druga osoba dostanie choćby jednego dolara, powinna się zgodzić, bo w ogóle coś dostała. Ale okazuje się, że jeśli druga osoba nie dostanie co najmniej pięciu dolarów, wtedy w większości przypadków nie zgadza się na taki podział, uznając, że została potraktowana nie fair. W takiej sytuacji osoby te wolą zachować godność i nie wziąć żadnych pieniędzy.

 

Mnie się ta gra właśnie kojarzy z zaistniałą sytuacją wokół pomysłu poszerzenia Opola, w której mieszkańcom ościennych gmin mówi się: Nie macie nic do gadania – to my decydujemy, ewentualnie dostaniecie jakiś ochłap w postaci „karty opolskiej rodziny” lub tańszych biletów MZK. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się czuł potraktowany fair i jako partner w takiej rozmowie. W tym momencie szansa na pokojowe rozstrzygnięcie sporu została zaprzepaszczona.

 

Tak protestujący, jak i mniejszość niemiecka podnoszą argument, że po przyłączeniu sołectw do Opola społeczność lokalna zostanie zburzona. Czy faktycznie budowane przez ostatnie lata społeczności zostaną natychmiast zniszczone i do tych wiosek wejdzie „anonimowość miejska”?

 

Coś takiego jak anonimowość miejska faktycznie istnieje. Więzi społeczne w miastach są słabsze niż w małych miejscowościach czy wioskach. Ale muszę też jasno powiedzieć, że administracyjna zmiana granic w ciągu jednej nocy nie zmieni tych relacji.

 

Ja mieszkam w Grudzicach, które w 1975 roku zostały przyłączone do Opola, ale to ciągle jest w dobrym tego słowa znaczeniu wioska, która zachowuje choćby odrębny układ urbanistyczny. Niezależnie również od tego, że Grudzice są już od dawna częścią Opola, mieszkańcy tej dzielnicy nadal mówią, że jadą do miasta, do Opola, kiedy mają na myśli centrum. Więc myślę, że rozłam tym społecznościom nie grozi i np. w Dobrzeniu nadal będą jeździli do Opola, niezależnie od przebiegu granic.

 

Na razie nie widać specjalnie wrogości pomiędzy „miastowymi” a „wsiokami”, ale narasta ona na internetowych forach. Czy możliwy jest scenariusz przeniesienia tych słownych ataków w świecie wirtualnym do rzeczywistości?

 

Myślę, że nie. Tutaj może mieć miejsce tzw. samospełniające się proroctwo. Może więc dojść do pewnych sytuacji, w których ta ewentualna wrogość miastowych do ludzi spoza miasta wypłynie w innym sporze. Internet rządzi się jednak innymi prawami, w przestrzeni wirtualnej ludzie szybko opowiadają się po danej stronie i stają się niejako plemionami broniącymi swoich totemów, co może być szybko użyte jako nakładka na inne spory.

 

Ale mówiąc całkiem poważnie, myślę, że to jest jedna z najgorszych spraw, jakie stały się w związku z próbą przyłączenia gmin ościennych do Opola. Już na wstępie zamiast próby stworzenia wspólnoty wokół tego pomysłu tworzy się jakieś wrogie sobie grupy. My jako ludzie jesteśmy niebywale skłonni do dzielenia się. Podzielić jest niezmiernie łatwo, i to z obu stron. Bo tak mieszkańcom Opola wskazuje się, że „tym w gminach ościennych” żyje się dostatniej, a u nas wygląda nie najlepiej i dlatego należy po te pieniądze sięgnąć. Drudzy otrzymują podobny sygnał, ale w drugą stronę: spójrzcie, „tym w mieście” nie chodzi o nic innego, jak tylko o pieniądze z elektrowni, galerii handlowej i terenów inwestycyjnych. Sam fakt więc, że ludzie myślą o sobie w kategoriach „swój” i „obcy” jest najgorszym, co mogło nas spotkać.

 

A jak Pan jako mieszkaniec Opola odbiera zaistniałą sytuację? Nie widać ze strony mieszkańców otwarcie prezentowanego poparcia dla działań prezydenta Wiśniewskiego.

 

Muszę tutaj trochę spekulować, bo nie dysponujemy żadnymi badaniami. Odczuwam to więc osobiście tak, że część mieszkańców wie, że takie „załatwienie” gmin jest nie do końca fair. Ale z drugiej strony też nie jest fair, żeby np. gmina Dobrzeń Wielki opływała w dobrobyt, kiedy jednocześnie koszty istnienia elektrowni ponosimy dość solidarnie, tzn. ruch samochodów jest większy także w mieście i wszyscy wiemy, że ekologiczność niekoniecznie jest zachowana w stu procentach, co rzutuje także na Opole.

 

Muszę jednak przyznać, że mnie w tym całym konflikcie brakuje ludzkiego podejścia. Gdyby włodarze miasta spotkali się mniej lub bardziej oficjalnie z szefami gmin ościennych i powiedzieli im, że sytuacja, w której jedni mają więcej, a drudzy mają mniej, jest nie w porządku z punktu widzenia Opola, mogliby zaproponować pewne wyjście: Dokonajmy w ramach Aglomeracji Opolskiej (która notabene trzeszczy w posadach właśnie w związku z takimi, a nie innymi decyzjami) takich przesunięć finansowych, aby gminy ościenne dostały pewne benefity ze względu na bliskość Opola w formie np. ulg na atrakcje miejskie, a w zamian za to gminy wspólnie przeznaczą na rzecz miasta pewną kwotę, aby ono mogło się również dobrze rozwijać. Wtedy też można by w spokojnej atmosferze wskazać alternatywę – że miasto zrobi wszystko po swojemu ponad głowami gmin ościennych. Taka rozmowa mogłaby mieć całkowicie inne rezultaty niż te, które dziś obserwujemy, choć tego nie mogę naturalnie przesądzić.

 

Opolanie w mojej opinii wiedzą, że chodzi w pierwszej kolejności o pieniądze, choć Opole mogłoby się rozwijać także bez rozszerzenia granic. Tym samym czekają na rozwój sytuacji i jednocześnie nie czują się do końca stroną, bo nie uczestniczą w całym procesie. Nikt im przecież niczego nie zabierze. Ale też niespecjalnie zabierają się do tego, aby czynnie takie idee popierać, bo czują, że coś jest nie w porządku.