Der VdG-Chef Bernard Gaida bei der Kranzniederlegung am ehemaligen NKWD-Straflager Tost – ein wichtiger Gedenkort für die Deutsche Minderheit in Oberschlesien. Doch auch Hinterbliebene von Opfern aus Sachsen-Anhalt, Sachsen und Brandenburg sind gekommen.
Foto: Holger Lühmann

 

Der Begriff „Oberschlesische Tragödie“ ist in Deutschland kaum bekannt, dabei hatten die leidvollen Maßnahmen, die unter diesem Begriff zusammengefasst werden, auch dort schreckliche Auswirkungen.

 

 

 

Polska wersja poniżej

 

Nicht nur Menschen aus Oberschlesien, sondern auch Tausende Männer aus Brandenburg, Sachsen-Anhalt und Sachsen kommen ab Mai 1945 in das NKWD-Straflager Tost (Toszek), weil das Gefängnis in Bautzen überfüllt ist. Doch binnen weniger Monate sterben mehr als 3000 der Häftlinge an Typhus, Ruhr und Mangelernährung. Bis heute kämpfen die Hinterbliebenen dafür, dass das Massengrab der Toten endlich gefunden wird.

 

Es geschah bei Kriegsende in der sowjetisch besetzten Zone Deutschlands: Tausende Männer werden festgenommen, meist nur unter dem Vorwand, ein Verhör durchführen zu wollen. Die sowjetische Geheimpolizei NKWD macht Jagd auf Deutsche mit NS-Vergangenheit. Dabei ist nicht mal entscheidend, ob sie Mitglied der NSDAP waren, oft reicht es aus, im zivilen Staatsdienst beschäftigt gewesen zu sein. Sogar Postboten werden wegen ihrer Uniform verhaftet und ohne Gerichtsprozess ins Gefängnis verbracht. Doch da die Gefängnisse bald überfüllt sind, weicht die sowjetische Besatzungsmacht auf Leerstand in Polen aus. So kommen rund 4200 deutsche Häftlinge in ein Internierungslager in Tost, auch der Vater von Rolf Schurig aus dem sächsischen Langenreichenbach bei Torgau, der seinen Vater nicht mehr kennenlernen durfte. „Ich war ein dreiviertel Jahr alt, als mein Vater abgeholt wurde“, sagt Schurig heute, „und wir haben immer gewartet, meine Mutter und ich und auch mein Bruder. Doch er kam nie wieder.“

 

Es sind bestürzende Geschichten, die die Hinterbliebenen berichten. Alle zwei Jahre kommen sie in Tost zusammen, um der Opfer zu gedenken. Meist bringt ein ganzer Reisebus die Trauernden von Dresden an jenen Ort, der für Tausende Menschen zum Martyrium wurde. Dort angekommen spenden die Angereisten einander Trost, tauschen Erinnerungen aus und danken den Unterstützern aus den Reihen der Deutschen Minderheit vor Ort. Denn der DFK in Tost mit seiner Vorsitzenden Dorothea Matheja an der Spitze kümmert sich um das Ehrenmal der Opfer am Rande der Stadt. Und was noch wichtiger ist: Matheja ist es, die die Suche nach dem bislang unauffindbaren Massengrab vorantreibt: „Bis heute weiß man nicht genau, wo sich das Massengrab befindet“, sagt Matheja. „Allerdings vermuten wir es in einer ehemaligen Kiesgrube.“ Doch dort können die Hinterbliebenen nicht suchen. Das Gelände gehört heute zu einem Firmenkomplex, dessen Eigentümer keine Bodenproben zulässt.

 

Nun allerdings könnte die Suche endlich wieder vorankommen, verraten Vertreter aus dem Toster Rathaus. Grund für die Hoffnung ist ein Insolvenzverfahren des Firmeninhabers. Sollte es im Zuge der Firmenpleite zum Verkauf des Grundstücks kommen, könnten Grabungen vielleicht wieder möglich sein. „Das wäre die schönste Nachricht seit langem“, sagt Rolf Schurig aus Sachsen, dem von seinem Vater nur wenige Fotos und die Sterbeurkunde in russischer Sprache blieb.

 

Holger Lühmann

 

Sehen Sie dazu auch einen Bericht des MDR-Sachsenspiegels.

 


Określenie „Tragedia Górnośląska” jest w Niemczech prawie nieznane, chociaż brutalne działania, jakie się z nim wiążą, nie ominęły również mieszkańców tamtych terenów.

Nie tylko mieszkańcy Górnego Śląska, lecz także tysiące mężczyzn z Brandenburgii, Saksonii-Anhaltu i Saksonii trafia, począwszy od maja 1945 roku, do obozu karnego NKWD w Toszku (Tost), ponieważ więzienie w Budziszynie jest przepełnione. Jednakże w ciągu zaledwie kilku miesięcy ponad trzy tysiące więźniów umiera na tyfus, czerwonkę oraz z niedożywienia. Ich rodziny do dziś walczą o to, by wreszcie znaleziono zbiorowy grób, w którym zmarli zostali pochowani.

Zdarzyło się to na koniec wojny w radzieckiej strefie okupacyjnej. Tysiące mężczyzn zostało zatrzymanych głównie pod pretekstem zamiaru ich przesłuchania. Radziecka tajna policja NKWD poluje na Niemców z nazistowską przeszłością. Krąg podejrzanych nie ogranicza się przy tym do członków NSDAP – często wystarczy fakt zatrudnienia w cywilnej służbie państwowej. Aresztowani są nawet listonosze ze względu na noszony mundur, którzy następnie bez procesu sądowego są przewożeni do więzienia. Ponieważ jednak więzienia w krótkim czasie ulegają przepełnieniu, radzieckie władze okupacyjne zaczynają korzystać z pustostanów w Polsce. W ten sposób do obozu dla internowanych w Toszku trafia około 4200 niemieckich więźniów, m.in. ojciec Rolfa Schuriga z Langenreichenbach k. Torgau (Saksonia), któremu nie dane już było poznać swojego ojca. „Miałem mniej więcej dziewięć miesięcy, gdy zabrano ojca” – mówi dziś Schurig i dodaje: „A my wciąż czekaliśmy, moja matka i ja, a także mój brat. Jednak on już nie wrócił”.

Rodziny ofiar opowiadają przerażające historie. Co dwa lata spotykają się w Toszku, aby uczcić ich pamięć. Przeważnie przyjeżdża cały autokar z Drezna, kierując się ku miejscu, które stało się świadkiem męczeństwa tysięcy osób. Przybywszy tam, członkowie ich rodzin dodają sobie nawzajem otuchy, dzielą się wspomnieniami oraz dziękują miejscowym wolontariuszom z szeregów mniejszości niemieckiej. Bo koło DFK w Toszku, któremu przewodniczy Dorothea Matheja, dba o to miejsce pamięci usytuowane na skraju miasta. I co jeszcze ważniejsze – to właśnie ona jest promotorką poszukiwań zbiorowej mogiły, której jak dotąd nie udało się odnaleźć: „Do dziś nie wiadomo dokładnie, gdzie ten grób się znajduje” – mówi Matheja. „Przypuszczamy jednak, że miejscem tym jest któraś z dawnych żwirowni”. Jednak tam rodziny ofiar nie mogą prowadzić poszukiwań, gdyż teren ten należy dziś do kompleksu firmowego, którego właściciel nie zgadza się na pobranie próbek gruntu.

Ostatnio pojawiła się jednak możliwość, że poszukiwania będzie można wreszcie kontynuować – zdradzają przedstawiciele ratusza w Toszku. Nadzieja wynika stąd, że właśnie trwa postępowanie upadłościowe wobec właściciela firmy. Gdyby na skutek upadłości firmy doszło do sprzedaży zajmowanych przez nią terenów, być może byłaby możliwość podjęcia prac wykopaliskowych. „Byłaby to najlepsza wiadomość od długiego czasu” – mówi Rolf Schurig z Saksonii, któremu po ojcu pozostało zaledwie kilka zdjęć oraz akt zgonu wystawiony w języku rosyjskim.

Holger Lühmann