Szlagierem minionej serii piłkarskiej Ligi Mistrzów była konfrontacja Bayernu Muenchen z londyńskim Arsenalem. Przed pierwszym gwizdkiem arbitra piłkarze „Kanonierów” twierdzili, że patrząc na to, co w bieżącym, sezonie prezentują Bawarczycy w Bundeslidze i nie tylko, trafienie na nich w 1/8 Chmpions League wbrew pozorom nie było złośliwością losu.

Monachijczycy z kolei jakby utwierdzając londyńczyków w ich opinii dodawali, że na tym etapie rozgrywek i w formie, jakiej się znajdują woleliby trafić na inny, zdecydowanie słabszy angielski zespół, który też występuje w bieżącej edycji Ligi Mistrzów – Leicester City, ale… Mecz z londyńczykami pokazał, że jest to tylko gra pozorów, tak zwana zasłona dymna, a spotkania w niemieckiej ekstraklasie z małymi wyjątkami, jak konfrontacje z Borussią Dortmund, czy RB Leipzig, podopieczni Carlo Ancelottiego traktują, bardziej treningowo niż serio. Po prostu zaliczają zwycięstwa, stąd za większość meczów o ligowe punkty i w Pucharze Niemiec zbierają przeciętne recenzje i opinie, czasami nawet są krytykowani.

Do przerwy na remis

Jednak mecz z Arsenalem pokazał prawdziwe oblicze mistrzów Niemiec, którzy goście z nad Tamizy wręcz ośmieszyli, o czym świadczy fakt, że w całym meczu Arsenal oddał na miejscową bramkę zalewie 7 strzałów, przy 24 Bawarczyków. Jeszcze smutniej dla podopiecznych Arsene Wengera wyglądało posiadanie piłki – 74 – 26 procent dla Bayernu! Statystyki te przekuły się ostatecznie w pewną wygraną lidera Bundesligi, który finalnie zmiażdżył Arsenal 5-1! A zatem dokładnie w takich samych rozmiarach, jak uczynił to po raz ostatni – 04.11.2015 roku, również w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów. Wtedy jednak monachijczycy już do przerwy prowadzili 3-0, a tym razem było tylko 1-1. W 11 min fantastycznym uderzeniem z ponad 19 metrów w samo okienko bramki gości trafił Robben, a w 30 min Sanchez wyrównał. Stało się to po tym, jak Lewandowski w polu karnym FCB przez przypadek kopnął w nogę Kościelnego, za co arbiter podyktował rzut karny dla „Kanonierów”. Jednak intencje strzelca „jedenastki”– Sancheza wyczuł Neuer parując po tym strzale futbolówkę, ale wobec dobitki tego snajpera był już bezradny. Po tej sytuacji Bayern przez kilka minut prezentował się gorzej, zwłaszcza w defensywie, przez co londyńczycy 2-krotnie byli bliscy zdobycia drugiego gola (Xhaka i Oesil), ale znów Neuer pokazał wielką klasę i zażegnał niebezpieczeństwo.

Koncert Bayernu

Po zmianie stron nie było już wątpliwości, kto jest lepszy, można nawet pokusić się o stwierdzenie o klasę lepszy. Bayern wręcz miażdżył rywala, atakując non stop i aplikując mu w ciągu 35 minut 4 bramki! Festiwal strzelecki rozpoczął w 53 min Lewandowski, który wykorzystał dośrodkowanie Lahma, wygrał powietrzny pojedynek z Mustafi i strzałem głową wyprowadził monachijczyków na prowadzenie. 180 sekund później było już 3-1 dla niemieckiego teamu, a geniuszem znów błysnął Lewandowski, który stojąc plecami do pola karnego Arsenalu piętą zagrał piłkę do wbiegającego w szesnastkę gości Thiago, czym w osłupienie wprawił defensorów przyjezdnych, a reprezentant Hiszpanii bez trudu podwyższył na 3-1. Dwubramkowe prowadzenie nie nasyciło Bayernu, który nadal parł do przodu i w 63 min po uderzeniu z dystansu Thiago było już 4-1, a dzieła zniszczenia Anglików dokończył w 88 min Mueller, który wbiegł na murawę zaledwie 120 sekund wcześniej za „Lewego”. Brawo, brawo, brawo, bo choć przed tym zespołami jest jeszcze mecz rewanżowy w Londynie, to nie wydaje się realne, by Arsenal był w stanie z tak klasowym zespołem, jak Bayern odrobić cztery bramki. Tym bardziej że nie tylko obecna forma przemawia za niemieckim zespołem, ale też jakość i statystyka. Otóż oba zespoły w Lidze Mistrzów zmierzyły się z sobą 11-krotnie, z czego monachijczycy wygrali 6 potyczek, 2 razy był remis i 3 spotkania zakończyły się wygrana „Kanonierów”, bramki 22-12 dla FCB.

BVB – celowniki do poprawki

Nie udało się natomiast wypracować tak korzystnej, jak Bayern pozycji wyjściowej przed rewanżem Borussii Dortmund, która uległa w Lizbonie, Benfice 0-1. Porażka ta jest dość bolesna, bo z przebiegu gry BVB na nią nie zasłużyło. Ba, było lepszą drużyna, która przez cały mecz dominowała na placu gry o czym świadczy m. in. statystyka – 14-5 w strzałach na bramkę dla dortmundczyków, którzy w całym meczu byli w posiadaniu piłki przez niemal 70 procent gry. Cóż jednak z tego, skoro podopieczni Thomasa Tuchela razili brakiem skuteczności, seryjnie marnując 100 procentowe okazje bramkowe. W najlepsze pudłował nawet najlepszy na murawie Reus oraz Dembele, przede wszystkim zaś Aubameyang, który nie wykorzystał nawet w 58 min rzutu karnego, bo jego uderzenie obronił golkiper miejscowych Ederson. Z tego też powodu 4 min później zdenerwowany trener „czarno-żółtych” zdjął „Aube” z murawy zastępując go w osobie Schuerrle. W tej sytuacji przypadkowa akcja Greka Mitroglou w 48 min dała lizbończykom zwycięskiego gola, ale czy wystarczy to Portugalczykom, by znaleźć się w kolejnej rundzie Champions League? W rewanżu mimo wszystko faworytem będą dortmundczycy, którzy jeśli tylko poprawią celowniki powinni odrobić straty. Dokładnie tak, jak uczynili to 04.12 1963 roku, kiedy to po porażce w Lizbonie 1-2, w rewanżu rozgromili Benficę 5-0.

Dodajmy, że trzeci niemiecki klub, który dotarł do 1/8 finału Ligi Mistrzów i jest w bieżącej edycji niepokonany – Bayer 04 Leverkusen swój pierwszy mecz z Atletico Madryt rozegra 21.02. 2017 r. na własnym stadionie.

Krzysztof Świerc