|
Tannenberg/Grunwald do dziś kształtuje umysły Niemców i Polaków 
Pamięć historyczna kształtuje tożsamość narodów, co widzimy, obserwując w tych dniach dyskusję wokół bitwy na Górze św. Anny, która rozegrała się przed niemal 90 laty. Jednakże reprezentantem całej trudnej historii stosunków polsko-niemieckich wydawała się bitwa rozegrana pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku, której 600. rocznica przypadła w tym roku. Dla SW jest to okazja, aby przedstawiając ją, otworzyć cykl zatytułowany „Mit historii“. Baron Sigismund von Zedlitz oprowadzi po faktach znanych, nieznanych i wyrugowanych, które mogłyby kształtować dziś sposób postrzegania przez nas tej bitwy. (S-K)
Na początek wyjaśnijmy, iż historyczne pole bitwy leży pomiędzy trzema wsiami w Prusach Wschodnich: Stębarkiem (Tannenberg), Lodwigowem (Ludwigsdorf) i Grünfelde (Grünfelde), zaś Polacy niezmiennie mówią o „bitwie pod Grunwaldem“.
Bitwa ta, która miała miejsce 15 lipca 1410 roku pomiędzy wojskami Zakonu Krzyżackiego i królestwa polsko-litewskiego, uzyskała w świadomości historycznej Polaków znacznie większe znaczenie niż w Niemczech, posiadając rangę mitu. Tym niemniej jest ona po obu stronach przedmiotem politycznej i historycznej instrumentalizacji. Dlatego znajomość sposobu pojmowania jej przez drugą stronę jest niezbędnym elementem polsko-niemieckiego dialogu.
Krzyżacy jako substytut Moskwy
Do dziś w sposobie postrzegania zakonu rycerzy niemieckich przez Polaków jest coś negatywnego, co jednak pierwotnie bynajmniej nie miało miejsca. Lecz jak doszło do takiej przemiany? Polski pisarz i poeta Adam Mickiewicz (1798-1855), twórca polskiej epopei narodowej pt. „Pan Tadeusz“, napisał triadę powieści o Krzyżakach w porozbiorowej rosyjskiej części Polski. Ponieważ z uwagi na cenzurę nie mógł pisać otwarcie, zamiast Moskali, których w gruncie rzeczy zamierzał ugodzić, wybrał „Krzyżaków”. Polski historyk literatury Bruchnalski, pisząc o „Konradzie Wallenrodzie“, należącym do owej triady, stwierdza: „Jest to opowiadanie, które za swą alegoryczną formą kryje najważniejszy problem całego narodu – walkę na śmierć i życie z Rosją (Lwów 1922). Już wkrótce jednak zapomniano pierwotny sens jego dzieł, którym była walka przeciwko rosyjskiemu uciskowi. Pozostał obraz krwawych, okrutnych „Krzyżaków”, rozwijany później przez innych.
Pionierzy kolonizacji
Ta osobliwa historia polskiego kompleksu na tle Krzyżaków zginęła ostatecznie w gmatwaninie nowych legend, a dziś jedynie wegetuje niepostrzeżenie w nielicznych pracach naukowych. Większość Polaków nie wie już nic o tych korelacjach. Henryk Sienkiewicz napisał kilka powieści na ten temat, z których najbardziej znana, „Krzyżacy” (1900), doczekała się ekranizacji w Polsce po II wojnie światowej. Nie chodziło mu o stworzenie historycznego dzieła, lecz o konstrukcje artystyczne, które miały natchnąć jego żyjący podówczas w niewoli i podzielony pomiędzy trzy sąsiadujące państwa naród namiętnym duchem oporu oraz wiarą w niegdysiejszą i przyszłą wielkość. Pisał, jak sam stwierdził, „ku pokrzepieniu serc”. Przez wzgląd na tę bynajmniej nie pozbawioną racji tendencję przedstawił historyczne fakty nie tylko jednostronnie, lecz często zniekształcał je nie do poznania, nie narzucając swojej twórczej inspiracji żadnych ograniczeń. Tak oto genialna sztuka wielkiego noblisty i pisarza sprawiła, że poetycki mit zawarty w jego dziele urósł do miana przekazu historycznego, odciskając piętno na sposobie postrzegania historii przez wiele pokoleń Polaków. Jednakże taki obraz historii jest obrazem zniekształconym, ukazującym „Krzyżaków” jako pozbawionych charakteru, tchórzliwych, niesłownych i okrutnych. Tymczasem polski naukowiec prof. Tadeusz Ladenberger pisze: „Na północy pionierami kolonizacji byli rycerze zakonu niemieckiego, który w Ziemi Chełmińskiej na przestrzeni stu lat w miejsce słabo zaludnionej dziczy zdołał założyć ludne miasta i wsie, a kraj doprowadzić do rozkwitu. Jedno stulecie wystarczyło, aby ziemię tę, bynajmniej nie posiadająca najlepszych gleb, przeważnie glinę, zasiedlić tak, iż osiągnęła ona najwyższą w Polsce gęstość zaludnienia” (Lwów 1930).
Zakon nie był częścią Rzeszy
Prawie zapomniany jest fakt, iż książę Konrad Mazowiecki sam niegdyś zawezwał zakon do kraju dla obrony przed Prusakami. Jednym z kulminacyjnych punktów literatury traktującej o rzekomych zbrodniach zakonu niemieckiego jest powieść Stefana Żeromskiego zatytułowana „Wiatr od morza” (1922), w której wielki mistrz Hermann Balk zostaje utożsamiony z diabłem. Sam Szatan radzi mu, aby w imię Jezusa wszystko mordował, palił itp. Nawet Zofia Kossak w swoich obrazach przedstawiających historię Polski nie pozostawia na zakonie niemieckim suchej nitki.
W Polsce boje z zakonem częstokroć uważa się za szczególnie doniosły rozdział „tysiącletniej, odwiecznej wrogości polsko-niemieckiej”, pomijając przy tym dwa czynniki. Po pierwsze, zakon niemiecki nie był Rzeszą Niemiecką, lecz suwerennym organizmem państwowym sui generis. A po drugie, antagonizm narodowy w dzisiejszym rozumieniu jest wytworem późniejszych stuleci, głównie wieku XIX. Tak rzekomo mroczne średniowiecze nie znało jeszcze tego rodzaju „postępowych” zdobyczy...
Strach przed czarnym krzyżem
W bitwie pod Tannenbergiem, w Polsce nieodmiennie zwanej „bitwą pod Grunwaldem” i uważanej za symbol zwycięstwami znaczonego konfliktu polsko-niemieckiego, w rzeczywistości uczestniczyło po jednej stronie zaledwie około 30-tysięczne wojsko państwa zakonnego, składające się z rycerzy z całej niemal Europy, po przeciwnej zaś – 50 tys. Polaków, Litwinów, Ukraińców, Tatarów, a nawet Niemców. Koszty kampanii poniosły w głównej mierze niemieckie miasta należące do Wielkiego Księstwa Polsko-Litewskiego. Sam Lwów zapłacił wówczas 48 tys. polskich srebrnych groszy. Jest rzeczą udokumentowaną, że współbojownikom niemieckim Polska w podzięce nadała ziemie i tytuły. Dla upamiętnienia bitwy król Władysław Jagiełło zbudował w Lublinie klasztor brygidek i obsadził go niemieckimi zakonnicami. Jego kościół nosi dziś nazwę „kościoła Matki Bożej Triumfującej”. W roku 1520 kupiec niemiecki Hans Boner z Krakowa sfinansował kampanię króla polskiego Zygmunta skierowaną przeciwko zakonowi niemieckiemu. Jak widać, o walce narodów polskiego i niemieckiego mimo najszczerszych chęci nie może być mowy. Tego rodzaju błędne interpretacje i polityczne instrumentalizacje pozostały zastrzeżone dla epoki nacjonalizmu. Co znamienne, w literaturze polskiej mniej więcej do 1820 roku zupełnie brak nastałej dopiero potem wrogości wobec „Krzyżaków”.
Tylko ten, kto zna wszystkie te rzeczy, kto wie, że pojęcia „Krzyżacy”, „Zakon Rycerzy Niemieckich” i „Grunwald” oraz symbol zakonu, którym był czarny krzyż na białym tle, w postaci engramów głęboko wryły się w świadomość narodu polskiego, ten rozumie także to, że na przykład czarny krzyż widoczny na czołgach Bundeswehry czy wizerunek Adenauera w rycerskim płaszczu, który po przyjęciu go do zakonu niemieckiego w Wiedniu zawitał na łamach prasy, wśród Polaków swego czasu wywoływały gwałtowne reakcje. Jedno i drugie zdaje się dla nich potwierdzeniem nieustającego istnienia zjawiska niemieckiego „rewanżyzmu”.
Zadośćuczynienie Hindenburga
Popularna jest w Polsce również gra słowna „Grunwald-Grunewald”. Chętnie kreśli się linię od polskiego zwycięstwa w 1410 roku do zdobycia w 1945 roku dzielnicy Berlin-Grunewald.
Gwoli prawdy historycznej nie można oczywiście nie wspomnieć o tym, że „Tannenberg” także po stronie niemieckiej był chętnie wykorzystywany do celów politycznych. Poniekąd w ramach niemieckiego „programu alternatywnego” Hindenburg pod koniec sierpnia 1914 roku postrzegał odniesione przez siebie zwycięstwo nad armią rosyjską, która pod wodzą generała Samsonowa wdarła się do Prus Wschodnich, jako „zadośćuczynienie” za porażkę zakonu niemieckiego w roku 1410. Swojemu zwycięstwu nadał więc nazwę „bitwy pod Tannenbergiem”. Śmierć wielkiego mistrza zakonu, Ulricha von Jungingena, upamiętniał w czasach niemieckich głaz narzutowy z inskrypcją „Im Kampf für deutsches Recht und deutsches Wesen starb hier am 15. Juli 1410 der Hochmeister Ulrich von Jungingen den Heldentod” (Tu, walcząc o prawo niemieckie i niemieckość, w dniu 15 lipca 1410 roku zginął śmiercią bohatera Wielki Mistrz Ulrich von Jungingen).
Każdy naród ma swoje mity. Trzeba je jako takie rozpoznać, postrzegać i traktować, w żadnym razie jednak nie należy usiłować mierzyć ich miarą prawdy historycznej.
Baron Sigismund v. Zedlitz
|