Sześćdziesiąt lat temu ówczesne władze państwowe uznały procedury masowych wyjazdów Mazurów z Polski w ramach łączenia rodzin za w pełni wykonane. Jak było naprawdę? O tym i innych sprawach z prof. dr. hab. Grzegorzem Jasińskim rozmawia dr Alfred Czesla – sekretarz Mazurskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Olsztynie.

Mazury. Od lat sześćdziesiątych po osiemdziesiąte XX wieku wyjechało stąd blisko 70 tys. osób miejscowego pochodzenia. Foto: archiwum Alfreda Czesli

Panie profesorze, po tym jak Mazurów zdziesiątkowały siły, na które wpływu nie miała wojna ani nawet powojenne działania Armii Czerwonej i masowe deportacje, przyszedł czas, kiedy to już oni sami dążyli do opuszczenia swoich stron rodzinnych. Co skłaniało ich do tak trudnej decyzji?

 

Szacuje się, iż w 1948 r. żyło na tej ziemi około 100 tys. autochtonów, głównie Mazurów. Warto zaznaczyć, że nazwę tę wprowadzono, nie chcąc używać pojęć „Niemcy” lub „ludność niemiecka”. Największymi skupiskami tej ludności odznaczały się powiaty: olsztyński (Allenstein), mrągowski (Sensburg), szczycieński (Ortelsburg) i ostródzki (Osterode am Drewenzsee). W międzyczasie ludność ta przechodziła kilka faz upokarzających weryfikacji. Przed rokiem 1959, kiedy zakończyła się tzw. akcja łączenia rodzin, uruchomiona na mocy umowy zawartej w grudniu 1955 r. pomiędzy polską i niemiecką organizacją Czerwonego Krzyża, Warmię i Mazury opuściło ponad 38 tys. osób, w tym gros stanowiła ludność ewangelicka. Powody ich wyjazdów były różne. Dała o sobie znać krzywda, jakiej ludność mazurska doznała w 1945 r. i w latach następnych. Następnie urągająca sytuacja gospodarcza Mazurów, których szybko pozbawiono własnych gospodarstw, skazując ich na prace w charakterze parobka u przybyszów, którzy zajęli ich gospodarstwa. Swoje zrobiła też rozpoczęta kolektywizacja. Nie bez wpływu były kolportowane wiadomości z zagranicy o poprawiającej się sytuacji życiowej panującej w NRF lub nawet NRD, choć element ten zaczął odgrywać znacznie większą rolę już po 1960 r. Dla osób starszych ważne było zapewnienie spokojnej starości.

 

W zniechęcaniu ludności mazurskiej do Polski dużą rolę odgrywały też konflikty wyznaniowe, odebranie świątyń i innej własności Kościoła ewangelickiego. W tym okresie, co warto wspomnieć, pierwszym językiem tej ludności był niemiecki, całkowicie niedopuszczony do sfery publicznej, wręcz karano za jego publiczne używanie.

Decyzje autochtonów o opuszczeniu Mazur stawały się masowe do tego stopnia, iż w 1957 roku ówczesny biskup Kościoła ewangelicko-augsburskiego ks. Karol Kotula w liście do władz Polski wyraził swój daleko idący niepokój. Jaka była na ten list reakcja?

 

Sugestie ewangelickiego hierarchy dotyczące zakończenia „akcji wyjazdowej” tłumaczy fakt, że wyjazdy pustoszyły parafie. Władze państwowe tak właśnie postąpiły, a wojewódzka administracja w Olsztynie, jako jedna z pierwszych w kraju, w czerwcu 1958 r. uznała procedurę łączenia rodzin za w pełni wykonaną.

Mimo tego, że władze w 1958 roku uznały procedury wyjazdu Mazurów ramach łączenia rodzin za zakończone, to jednak od lat sześćdziesiątych po osiemdziesiąte także miały miejsce. Czym się one różniły od tych wcześniejszych i czy była to nadal liczna grupa?

 

Po szoku wyjazdowym z drugiej połowy lat pięćdziesiątych władze województwa olsztyńskiego podchodziły do kwestii wyjazdów restrykcyjnie. Dopiero dziesięć lat później postanowiono zezwolić na wyjazd tym, którzy najbardziej natarczywie żądali prawa do emigracji. W tym czasie, z większymi lub mniejszymi problemami Warmię i Mazury opuściło blisko 16 tys. osób. Wtedy też coraz silniej uwidaczniała się motywacja ekonomiczna. Na poziomie życia mieszkańców zaciążyły nie tylko przeżycia wojenne, ale głównie polityka gospodarcza państwa prowadzona w tym regionie. Rozkwit zachodnich Niemiec kontrastował ze zgrzebnym życiem tu na miejscu. Ci, którzy pozostali, przechodzili jednak ewolucję, związaną z długoletnim życiem w Polsce. Choć pamięć doznanych krzywd nie minęła, powoli zacierały się różnice w poziomie egzystencji. Do grona ludności miejscowej doszły nowe pokolenia wkraczające w dorosłe życie. Jednak tym, w przeciwieństwie do osób starszych i samotnych, ograniczano możliwości wyjazdu.

 

Można przyjąć, iż drugi najważniejszy etap mazurskiej epopei wyjazdowej rozegrał się w latach siedemdziesiątych, po podpisaniu przez Edwarda Gierka i Helmuta Schmidta układu o normalizacji wzajemnych stosunków (1970) i umowy polsko-niemieckiej o łączeniu rodzin w 1975 r. Emigracja nabrała wówczas charakteru ekonomicznego, chętnie wyjeżdżały także rodziny mieszane polsko-niemieckie. Z bloku, gdzie mieszkałem, na 16 rodzin wyjechały wówczas cztery, wszystkie mieszane narodowościowo. Co ciekawe, to często strona polska nalegała na te wyjazdy, bo miała w tym „interes”. Wówczas poziom życia między Niemcami Zachodnimi a Polską zaczął się wręcz drastycznie różnicować. Akcja ta rozwijała się lawinowo; rodziny i dalsi krewni będący już w Niemczech starały się ściągnąć do siebie pozostałych. Były też liczne przypadki zachęcania do opuszczenia Polski osób posiadających budynki lub gospodarstwa w miejscach atrakcyjnych turystycznie. Odbywał się swoisty handel: ziemia za paszport, prowadzony przez lokalne władze administracyjne i partyjne.

W 1981 roku doszło do wprowadzenia stanu wojennego, co zaowocowało ponownie kilkoma tysiącami emigrantów. Wyjazdy trwały, także z przyczyn ekonomicznych (już nie politycznych), jeszcze do 1989 roku. W sumie od lat sześćdziesiątych po osiemdziesiąte XX wieku wyjechało blisko 70 tys. osób miejscowego pochodzenia.

 

 

W tym roku mija 60 lat od pierwszej „dobrowolnej” fali exodusu Mazurów. Jakie są dziś tego skutki?

 

Po odzyskaniu przez Polskę niezawisłości w 1989 roku pozostała ludność mazurska, w liczbie około 15 tys. osób, zorganizowała się niemal w całości w 23 stowarzyszeniach mniejszości niemieckiej, zadając w ten sposób ostateczny cios propagandowym twierdzeniom o „polskości Mazurów”. Dziś mazurskość to potrzeba oswojenia tego, co do niedawna uważano za obce, poniemieckie, a zatem za niegodne tego, by się tym w ogóle zajmować. Ale historia tej mazurskiej ziemi, na której obecnie żyjemy, wyglądała tak, a nie inaczej i obowiązkiem kolejnych pokoleń jest to właściwie odczytać.

Prof. dr hab. Grzegorz Jasiński – pracownik naukowy Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, badacz dziejów XIX i XX wieku, ostatnio wydał wspólnie z Jarosławem Kłaczkowem i Piotrem Bireckim dwutomową książkę „W 500-lecie reformacji (1517–2017). Z dziejów kościołów ewangelickich w dawnych Prusach Królewskich Książęcych”.