Reportaż Marie Baumgarten.

Walentynki są dniem zakochanych. Postanowiliśmy się dowiedzieć, co ludzie dawniej myśleli o miłości i co się dziś zmieniło. Dwie pary małżeńskie opowiadają swoją historię.

 

Nakło (Nakel). Państwo Rosemarie i Richard Urbanowie przyjmują mnie w rodzinnym pokoju z przytulną sofą. Dziesięć metrów kwadratowych pełnych wspomnień. Na wszystkich ścianach wiszą kolorowe i pożółkłe fotografie, niektóre w formacie XXL, na których widnieją cztery pokolenia. Jest też oczywiście zdjęcie z wesela Rosemarie i Richarda, którzy przed 57 laty powiedzieli sobie „tak”, a za trzy lata zamierzają hucznie świętować diamentowe gody, na które już teraz dostaję zaproszenie. Przed zaślubinami oboje znali się zaledwie osiem miesięcy, co mnie wydaje się bardzo mało, ale Rosemarie Urban (77) tak nie uważa: „Tak było w sam raz, nie za długo i nie za krótko”. Mam 32 lata, jestem niezamężna, nie mam dzieci. W Niemczech nie jest to rzadkość. Chciałabym być wolna – mówię. Po prostu nie trafiłam na właściwego partnera – mówią inne (przeważnie osoby z Polski).

 
Gdy Rosemarie poznała Richarda, miała 19 lat i była już właściwie zaręczona, bo już przez cały rok chodziła z chłopakiem ze swojej wsi o imieniu Reinhold. Co więc miał takiego Richard, czego Reinhold nie miał? „Motocykl!” – odpowiada Rosemarie.

 

 

A pomijając już motocykl – skąd wiedziała, czy on (właściciel pojazdu) jest dla niej odpowiedni? I skąd on to wiedział? Państwo Urbanowie spoglądają na siebie, po czym ona wzrusza ramionami, a on parska śmiechem, mówiąc: „Nigdy sobie nie zadawaliśmy tego pytania”. Jestem zaskoczona. Bo przecież na wszystkich portalach randkowych na świecie wszystko kręci się wokół tego, by połączyć dwoje osób, które do siebie pasują. Ale wtedy z randkami było inaczej – wyjaśnia mi Richard Urban: „Damy nie miały chłopaków, tylko kawalerów. A w niedzielę chciały się ze swoim kawalerem wszystkim pokazać, więc wychodziły z nim na wspólny spacer po wsi”.

 

 

Dla niego było to o tyle trudne, że jego rodzice mieli gospodę, w której Richard miał co niedziela swoją zmianę. Ale jego „Rosl” to rozumiała, wychodząc z założenia, że tak czy owak w małżeństwie właśnie to jest najważniejsze. Gdy to mówi, on kiwa głową. Dla obojga ważne było też przekazanie następnemu pokoleniu swojej niemieckiej tożsamości. „Ożenić się chciałem tylko z Niemką” – mówi Richard Urban. Oboje żyją ze sobą w harmonii. Czy więc właśnie to jest tajemnicą ich małżeńskiego szczęścia trwającego 57 lat? „Najważniejsze jest to, by się nawzajem rozumieć i szanować, a u nas zawsze tak było” – mówi Richard, a Rosemarie dodaje: „Moja matka powiedziała mi, że jak będzie jakiś problem i będę chciała powiedzieć Richardowi złe słowo, to żebym tego nie robiła, tylko wzięła łyk wody i tak długo trzymała go w ustach, aż mi przejdzie. I tej zasady się trzymałam”. Uważam, że to faktycznie złota zasada.

 

 

Ale czy naprawdę nigdy nie padło żadne złe słowo? Oboje wspólnie pracowali w rodzinnej gospodzie – byli więc razem i w pracy, i w życiu prywatnym. „Oczywiście nieraz mieliśmy różne poglądy. Nie było mi łatwo pogodzić wychowywanie dzieci z pracą w gospodzie – opowiada Rosemarie. – Ale jeśli już ktoś powiedział złe słowo, to ważne było, aby nad tym nie rozmyślać i szybko wybaczyć. Życie toczyło się przecież dalej”. Państwo Urbanowie mieli ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż sondować, na ile harmonijny jest ich związek. Za komuny w gospodarce panowały ciągłe niedobory, więc jako gastronomowie byli przez większość czasu zajęci załatwianiem towaru. „Nie mogliśmy przecież ciągle serwować gościom krup”. Aby dostać mięso, musieli specjalnie jeździć do Gliwic. „Tam były kopalnie, a górnicy mieli kartki żywnościowe, dlatego też w naszym lokalu było zawsze coś więcej niż gdzie indziej” – wspomina Richard.

 

 

Udawało im się zabezpieczyć swój wspólny byt tylko dlatego, że łączyli siły. „To nas scementowało” – mówią. Podobnie zresztą jak czwórka dzieci i wspólna posesja. Ani razu przez te 57 lat nie zastanawiali się nad tym, by się rozejść, bo i nigdy nie było powodu. Godne pozazdroszczenia. W mojej rodzinie wszyscy żyją w separacji albo są po rozwodzie: rodzice, dziadkowie z obu stron, wujowie i ciotki.

 

Moje odwiedziny u państwa Urbanów powoli dobiegają końca, a tym samym frapująca podróż w minione czasy.

 

 

Następnego dnia jestem w Rozwadzy ze swoją koleżanką Karoliną, która prowadzi na łamach naszego „Wochenblattu” stałą rubrykę pt.
„Karolin łůnaczi”. Wyszła za mąż w 2012 roku w młodzieńczym wieku 21 lat, a w 2016 roku przyszedł na świat jej syn Filip. Chciałabym porozmawiać z nią o jej małżeństwie i miłości. Krótko wcześniej Karolina odwołuje spotkanie, tłumacząc, że Filip zachorował, a mąż jest jeszcze w pracy. Możliwe, że będą musieli pojechać do szpitala. Codzienne życie młodej rodziny. Wysyłam więc obojgu swoje pytania mailem. Wysyłając mi odpowiedzi, Karolina pisze: „Wzbudziłaś w nas mnóstwo wspomnień. Przez cały wieczór o tym rozmawialiśmy. Dziękuję!”.

 

 

A oto moje pytania i ich odpowiedzi:

 

Karolino, twój mąż Adam miał w chwili ślubu 25 lat, a ty dopiero 21. Czy nie za wcześnie wyszłaś za mąż?

Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego momentu. Zanim się pobraliśmy, byliśmy niecałe 2,5 roku razem. Nie widzieliśmy sensu w przeciąganiu sprawy – chcieliśmy mieć się na zawsze. Mój mąż powiedział też: „Nigdy nie myślałem, że panna młoda może tak wyglądać – i to w dodatku moja!”.

 

 

Co lubisz w nim/niej najbardziej?

Karolina: W Adamie lubię szczególnie jego cudowne oczy oraz to, że zawsze najpierw pomyśli, a potem powie i podejmie decyzję – ja jestem w tej kwestii jego zupełnym przeciwieństwem.

Adam: W Karolinie najbardziej podoba mi się jej uśmiech oraz to, że łatwo robi i załatwia rzeczy, których ja bym nie potrafił załatwić tak dobrze, a przede wszystkim nie tak szybko. Dom, praca, wychowanie, bycie żoną – ona robi wszystko naraz i to naprawdę dobrze – czapki z głów!

 

 

Skąd wiedziałaś/wiedziałeś, że on/ona do ciebie pasuje?

Karolina: Mamy jednakowe wyobrażenie o życiu i rodzinie. Są też sprawy, w których jesteśmy całkowicie odmiennego zdania, w związku z czym nieraz dochodzi do sprzeczek. W przeciwnym razie byłoby zbyt nudno.

Adam: Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale z upływem czasu coraz trudniej było mi wyobrazić sobie życie bez Karoliny. Bardzo dobrze się rozumieliśmy i tak zrodziła się miłość, która do dziś wzrasta.

 

 

Jaka jest recepta na dobre małżeństwo?

Karolina: Ważne jest zaufanie oraz to, by dużo ze sobą rozmawiać – bo uważam, że lepsza jest najgorsza prawda niż najlepsze kłamstwo.

Adam: Takiej recepty moim zdaniem nie ma. Najlepiej jest, gdy się uważa każdy dzień za coś wyjątkowego. Ważne jest to, by być dla siebie nawzajem. Jestem też zdania, że dobrze jest mówić drugiej osobie wszystko, co się myśli, chociaż to czasem zaboli.

 

 

Jak przetrwać ciężkie chwile?

Karolina: Zawsze staram się dużo rozmawiać z mężem o problemach. Cały czas jeszcze się uczę, że czasem powiedzieć mniej oznacza więcej.

Adam: Gdy się pojawia jakiś problem, ja z reguły najpierw milczę, a Karolina odwrotnie. Ale ja wolę najpierw uzyskać klarowność myśli na dany temat, a dopiero potem zacząć mówić.

 

 

Jakie macie pragnienia na przyszłość i jak wyobrażacie sobie wspólne życie aż do starości?

Mieliśmy wielkie pragnienie, by mieć dziecko, które już spełniliśmy, później może jeszcze jedno. Planujemy przebudowę mieszkania, chcielibyśmy też mieć więcej wolnego czasu, który moglibyśmy poświęcić naszej małej rodzince, no i chcemy podróżować. Życzymy sobie, żebyśmy przeszli zdrowo przez życie i byli razem do końca naszych dni. Mieć wnuki i opowiadać im, jak to dawniej bywało.

 

 

Karolino, czy w wyborze męża ważne było to, że jest Niemcem z Górnego Śląska?

Mój mąż jest wprawdzie Górnoślązakiem niemieckiego pochodzenia, ale to nie było decydujące. Pamiętam jednak, że po paru randkach zapytałam, jak to u niego wygląda z korzeniami i językiem. Naszego syna wychowujemy dwujęzycznie, a nie wiadomo, czy mogłabym to robić, gdyby mój mąż nie był Niemcem. Dzięki Bogu go mam, a on doskonale rozumie i wie, że jest to coś bardzo dobrego dla naszego Filipa.