Z Romanem Kolkiem, wicemarszałkiem województwa opolskiego, kandydatem mniejszości niemieckiej do Sejmu, rozmawia Anna Durecka

 

 

Z wykształcenia jest Pan lekarzem, obecnie pełni pan funkcję wicemarszałka województwa i kandyduje do Sejmu z listy mniejszości niemieckiej. Czuje się Pan politykiem, lekarzem czy może nawet urzędnikiem?

 

Uważam siebie za polityka zdrowotnego. Polityka moim zdaniem nie polega na wzajemnym prawieniu sobie impertynencji, na politycznych okrzykach, a niestety w takim wydaniu tę krajową politykę obecnie oglądamy. Jestem zdania, że pewne kwestie powinny być ponad wszelkimi podziałami. I takim obszarem jest dla mnie na pewno system ochrony zdrowia. W kampanii wyborczej z ust polityków pada wiele deklaracji, ale dobre działanie, również te poprzednich ekip rządzących, często psuje polityczny interes. Tak było chociażby z propozycją prof. Zbigniewa Religi, by część środków z ubezpieczeń komunikacyjnych odprowadzić na świadczenia zdrowotne. To był bardzo dobry pomysł, z powodzeniem stosowany na Zachodzie. Ale gdy zmieniła się ekipa rządząca, pomysł zarzucono, a szkoda. Takie przykłady można by mnożyć.

 

 

Nie obawia się Pan uwikłania w tę „wielką politykę”, gdy zostanie Pan posłem?

 

Jako polityk mniejszości niemieckiej nie mam takich obaw, ponieważ naszym działaniem nie kieruje interes partyjny. Członkowie mniejszości niemieckiej mają zupełną swobodę wyrażania swoich poglądów. Poza tym kierujemy się odpowiedzialnością regionalną. I możemy mówić ludziom prawdę. To nas różni od innych polityków. Musimy mówić ludziom prawdę, czasem trudną. Nie jesteśmy obłudnikami, którzy obiecają wszystko, żeby osiągnąć doraźne, krótkoterminowe cele polityczne, my, będąc ludźmi odpowiedzialnymi, nie możemy sobie na to pozwolić.

 

 

Czy w obszarze systemu ochrony zdrowia Opolszczyzna może służyć za przykład dla innych regionów?

 

Uczestnicząc w budowaniu systemu ochrony zdrowia i widząc, jak było wcześniej, kilka lat temu, gdy pracowałem w Opolskiej Regionalnej Kasie Chorych i Narodowym Funduszu Zdrowia, śmiem twierdzić, że dostęp do wielu usług medycznych był na lepszym poziomie niż aktualnie. Na pozytywne zmiany można jednak wpływać tylko z pozycji parlamentu, doprowadzając jednocześnie do decentralizacji odpowiedzialności. W województwie opolskim mamy bardzo dobre doświadczenia w pewnych zakresach usług medycznych, są one na najwyższym w kraju poziomie. Ujednolicanie w skali tak dużego kraju, jakim jest Polska, wszystkiego w ochronie zdrowia, jest błędem. Jeżeli dostęp do pewnych usług medycznych u nas jest wysoki, to oczywiście gdzie indziej należy go podnosić. Tak się niestety dzisiaj nie dzieje. Poza tym, kiedy pracowałem w tych instytucjach ubezpieczenia zdrowotnego, domeną naszego działania był dialog ze wszystkimi: dyrektorami, właścicielami, środowiskami pracowniczymi. Pomimo zawsze trudnej sytuacji osiągaliśmy porozumienie.

 

 

Każdy region ma inne potrzeby?

 

Oczywiście, potrzeby są bardzo różne. One są w zasadzie generowane przez aktualny dostęp do usług medycznych i ofertę systemu. To widać np. w odniesieniu do usług senioralnych, pielęgnacyjnych, realizowanych w domach czy poprzez rozwiązania instytucjonalne. U nas dostęp do tych rozwiązań jest finansowany na najwyższym poziomie w kraju w stosunku do liczby ubezpieczonym, a przecież to nie oznacza, że jest idealny. Kiedy porównuję dane z całego kraju i widzę, że gdzieniegdzie na opiekę senioralną przeznacza się 10-krotnie mniej środków, to zastanawiam się, jak te usługi tam w ogóle są realizowane. Jedyne uzasadnienie, które przychodzi mi do głowy, to brak świadomości możliwości korzystania z pewnych usług. Społeczeństwo naszego regionu zawsze było pod tym względem bardziej świadome i miało wyższe oczekiwania. To wynika z naszych wcześniejszych kontaktów z Zachodem, z migracji. Dzięki temu znamy inne systemy ochrony zdrowia i chcemy mieć lepiej. Mimo to, w czasie kiedy pracowałem w opolskim oddziale NFZ, poziom zadowolenia pacjentów z systemu ochrony zdrowia był w naszym województwie najwyższy w skali kraju. Czas, aby dobre wzorce naszego województwa zostały przełożone na cały kraj.

 

 

Jak przebiegała Pana kariera zawodowa od pracy lekarza, aż do stanowiska wicemarszałka? Jak to się stało, że zaczął się Pan angażować w działalność mniejszości niemieckiej?

 

Jako anestezjolog byłem bardzo zadowolony z zawodu, który zdobyłem. Ta praca dawała mi wiele satysfakcji. Zawsze spotykałem się z docenieniem mojej gotowości do pracy w każdej chwili, co w moim środowisku nie zawsze było takie oczywiste. Zawód anestezjologa był wówczas zawodem trochę niedocenionym, ale ja nigdy nie miałem w związku z tym żadnych kompleksów. Robiłem zawsze dobrą robotę. Do dziś ginekolodzy ze szpitala w Strzelcach Opolskich wspominają czasy, gdy ze mną współpracowali, bardzo pozytywnie. Bardzo to sobie ceniłem. Ale w pewnym momencie mojego życia spotkałem Ryszarda Gallę. Podczas podróży studyjnej do Niemiec wymieniliśmy swoje poglądy na temat systemu ochrony zdrowia i moje obserwacje spodobały się obecnemu posłowi i zaangażował mnie – a byłem wówczas już radnym powiatu – w kierowanie ochroną zdrowia na poziomie województwa. Zostałem dyrektorem departamentu zdrowia w urzędzie marszałkowskim, potem – w następnych wyborach samorządowych – radnym sejmiku. Później doszło do zmiany w Opolskiej Regionalnej Kasie Chorych i zostałem zastępcą dyrektora ds. medycznych Opolskiego Oddziału NFZ. Tam spędziłem wiele lat, angażowałem się w wiele projektów, realizowanych w skali kraju. Z chwilą gdy nie potrafiłem znaleźć wspólnego języka z prezesem NFZ, postanowiłem odejść. Wtedy MN zaproponowała mi zostanie członkiem Zarządu Województwa Opolskiego, potem zostałem wicemarszałkiem i jestem nim do dziś. W ostatniej kadencji uzyskałem też poparcie społeczne i mandat radnego sejmiku, czyli takie podwójne wzmocnienie mojej roli dzięki akceptacji społecznej moich działań w trudnej sferze działań usług zdrowotnych. Członkiem mniejszości niemieckiej zostałem, zanim wszedłem w skład Zarządu Województwa Opolskiego.

Chcę jednak podkreślić, że zawsze działałem dla dobra całej społeczności lokalnej, dla mniejszości i większości. Takie jest moje podejście, wynikające chyba z faktu, że jestem lekarzem.

 

 

Co poczytuje Pan sobie za sukces w działalności jako członek zarządu województwa i wicemarszałek?

 

Bardzo ważne jest wytyczenie kierunków działania i systematyczne ich realizowanie. Temu bez wątpienia służy przyjęta w ubiegłym roku strategia ochrony zdrowia województwa opolskiego, która powstała przy zaangażowaniu bardzo szerokiego grona. Uważam że przyjmowanie dokumentów strategicznych daje szansę skutecznego realizowania zadań, niezależnie od opcji politycznej, która sprawuje władzę. Takie dokumenty powinny być podstawą podejmowania decyzji na wiele lat. Marzenia o ideale demokracji mogą się spełnić tylko w takim wypadku. Tak powinno być na każdym szczeblu samorządu. Jako władza powinniśmy realizować to, co wyznaczyła społeczność lokalna. To jest wzorzec, który działa w Niemczech, Austrii. U nas niestety jeszcze nie. Te polityczne zmiany frontu wszystko psują. Szczególnie w obszarze ochrony zdrowia, gdzie nasze możliwości w porównaniu z krajami zachodnimi są znacznie mniejsze: mamy mniej środków, mniejszą kadrę, a potrzeby zbliżone. Pomysły na to, żeby zmienić ten stan, są różne. Nie wiem, jakie będzie rozwiązanie, bo sam nie będę na pewno w stanie go wprowadzić. Mam tego pełną świadomość. My jako mniejszość niemiecka nie będziemy rządzić w Polsce, to jest oczywiste. Ale nie ma żadnych obiekcji, żebyśmy nie mogli pokazywać dobrych doświadczeń oraz przedstawiać prawdziwe odczucia społeczne, co dzisiaj chyba nie jest normą.

 

 

Czy chciałby Pan jeszcze kiedyś wrócić do pracy lekarza?

 

Cały czas marzę i myślę o tym. Wybierałem medycynę autentycznie z powołania. W rodzinie nie było żadnych tradycji medycznych. Ten zawód mnie zawsze fascynował. W moim wyborze utwierdziły mnie też spotkane po drodze wielkie osobowości, jak profesor Zbigniew Religa, którego miałem okazję wiele razy w życiu spotkać. Tak pozytywnie wpłynął on na moje poglądy i zaangażowanie w pracę w ochronie zdrowia, że każdemu życzyłbym tak dobrych nauczycieli.

 

 

Czy świadomość pochodzenia, związek z niemieckością był w Pana życiu od zawsze?

 

Większa była świadomość związania z ziemią i ze śląskością niż z niemieckością. To przyszło z czasem. Uświadomiłem sobie, że w tej drużynie warto pracować, warto zmagać się z czasami niepochlebnymi opiniami, negatywnym nastawieniem. Na Opolszczyźnie z tym zrozumieniem mniejszości nie jest dobrze. Mam wrażenie, że kapitał niemiecki, Niemców w innych regionach kraju darzy się większym szacunkiem.

Jeśli chodzi o program wyborczy mniejszości niemieckiej, to absolutnie utożsamiam się ze wszystkim priorytetami. Szczególnie interesują mnie te związane ze służbą zdrowia, ale też te związane z ideą decentralizacji odpowiedzialności, wzmocnieniem roli samorządu, wspieraniem kultury niemieckiej, edukacji dwujęzycznej. Polska jest zbyt dużym krajem, żeby zarządzać nią centralnie w wielu obszarach. Mniejszość niemiecka nie ma centrali politycznej w Warszawie. Naszą centralą polityczną jest każdy dom. My żyjemy w tym społeczeństwie, jesteśmy na miejscu, jesteśmy dostępni i stale do dyspozycji. Dla mnie jako lekarza jest oczywiste, że muszę zawsze być w pełnej gotowości.

 

 

 

Roman Kolek po godzinach

 

 

Jakie ma Pan zainteresowania pozazawodowe? Czy marszałek ma czas na hobby?

 

Staram się aktywnie uprawiać sport, na tyle, na ile pozwala mi zdrowie i czas. Biegam, uprawiam nordic walking, zimą jeżdżę na nartach. Tylko kampania wyborcza mocno mi teraz przeszkadza. Ale od dwóch lat regularnie biegam. Mam wiele ulubionych tras w okolicy, lasem, ścieżkami. Raz w tygodniu, we wtorek, mamy u nas w Jemielnicy takie spotkanie, które nazywamy „Dyszka dla serca”. Spotkanie rozpoczyna się odmówieniem dziesiątka różańca – inicjatywę zaproponował nasz ksiądz Jarosław Ostrowski – a potem biegniemy 10 razy dookoła stawu jemielnickiego, jak kto potrafi. Takich duchowo-sportowych spotkań było już 80, czasami uczestniczyło w nich nawet do 100 osób! Każde okrążenie to 600 metrów, więc niemało.

 

 

Pan pokonuje cały dystans?

 

Różnie to wychodzi. Bywało, że i więcej, bywało mniej. Nigdy nie miałem bardzo dobrej kondycji, chociaż sport zawsze był dla mnie ważny. Dopóki nie miałem problemów z kręgosłupem, bardzo aktywnie uprawiałem siatkówkę i jestem fanem gier zespołowych. Na sukces drużyny wpływa przecież współpraca wszystkich jej członków. Ma to pełne przełożenie na życie społeczne.

 

 

Ślązacy chyba bardziej kibicują piłkarzom. Pan bardziej sobie ceni siatkówkę?

 

Zdecydowanie tak, dla mnie siatkówka jest absolutnie najważniejsza. To jest świetna, intensywna gra zespołowa. Kibicuję naszej lokalnie Zaksie, również dlatego, że to blisko i można jeździć na mecze. Mecze siatkówki oglądam w telewizji wszystkie. Ale u nas w Jemielnicy nie brakuje też piłki nożnej. Już 12 września oficjalnie zostanie u nas otwarta polsko-niemiecka szkółka piłkarska Miro, w której działanie bardzo zaangażował się mój zięć, Artur. On studiował w Niemczech, bardzo dobrze zna więc język niemiecki i jest fanem piłki nożnej.

 

 

A jak Polska gra z Niemcami, to komu Pan kibicuje?

 

W siatkówce to jednak zawsze kibicowałem polskiej drużynie. Mam wielki szacunek do postępów, które zrobiła reprezentacja Niemiec, ale polska drużyna zawsze była rewelacyjna. Być może moja sympatia jest spowodowana możliwościami oglądania w TV relacji z polskiej ligi siatkówki.