Vor fast Monaten wurde an dem Gebäude in der ul. Krakowska 53 in Oppeln eine Tafel angebracht, die der Opfer der sich dort nach 1945 kurzzeitig befindenden Staatssicherheit gedenkt. Eine wichtige Initiative, die hilft, Orte des Schreckens der Nachkriegszeit zu benennen. Über die Gedenktafel können sich aber nicht alle Opfer und ihre Nachfahren freuen.

 

 

Seit zwei Monaten hängt diese Tafel am Haus in der ul. Krakowska 53

 

 

Wersja polska poniżej

 

Unscheinbar erscheint das Haus Nr. 53 in der ul. Krakowska in Oppeln, in dem sich heute neben einer regionalen Umweltschutzbehörde einige private Firmen befinden. Im Bewusstsein vor allem vieler Älteren ist geblieben, dass dieses Haus eine kurze, trotzdem aber eine schreckliche Episode hatte, und zwar in den Jahren 1945 bis 1948, als hier eine der Dienststellen der polnischen Staatssicherheit (poln. Urząd Bezpieczeństwa, UB) gewesen ist. Für die Opfer wurde am 1. März eine Tafel enthüllt.

 

Wichtige Initiative

Diese benennt in erster Linie als Opfer des dort herrschenden Terrors, der nicht nur die Inhaftierung, sondern vor allem Misshandlungen und Mord bedeutete, vor allem Personen, die sich entschieden gegen das neue nun kommunistische Regime gestellt hatten. Und genau das war auch das Ziel der Staatssicherheit, die von Moskau aufgezwungene Regierung zu unterstützen und jedwede Andersdenkende (mund)tot zu machen. In den ehemaligen deutschen Ostgebieten jedoch hatte die UB eine zusätzliche Rolle, und zwar die Unterdrückung der einheimischen Bevölkerung, die zunächst grundsätzlich als deutsch und damit als feindlich angesehen wurde. Auf der Gedenktafel ist davon jedoch nichts zu lesen, denn neben den Antikommunisten werden alle anderen Opfer als „zufällige Bewohner der Region“ bezeichnet.

 

Wer wurde gefangengenommen

Auf unsere Anfrage bei der Oppelner Dienststelle des Institutes des Nationalen Gedenkens verweist man auf die hinter dem Gebäude gefundenen menschlichen Überreste, die auf eine Mordmaschinerie hinweisen. Ob nun aber die UB-Milizionäre Täter gewesen seien oder noch vorher die Funktionäre des sowjetischen NKWD könne eben sowenig eindeutig festgestellt werden, wie die Herkunft der Opfer und die Gründe für ihre Inhaftierung selbst.

Dass es anhand der Aufzeichnungen schwierig ist, die Opfer und ihr vermeintliches Vergehen eindeutig zu benennen, bestätigt zunächst auch die Historikerin Prof. Joanna Rostropowicz, die in den 90er-Jahren für eine damals erstmals eingesetzte Untersuchungskommission der UB-Verbrechen vor allem deutschsprachige Dokumente übersetzt hatte. Sie hatte aber auch Zugang zu Unterlagen aus der Zeit nach dem Kriegsende. „Und da las ich u.a., dass an einem Tag aus einem Ort nahe Oppeln etwa 20, aus einem anderen wiederum ca. zehn Männer im Gefängnis inhaftiert wurden. Und seltsamerweise  sind viele von ihnen kurz darauf an einem Herzinfarkt gestorben. Da wird man doch als Wissenschaftler stutzig“, sagt Prof. Rostropowicz. Zwar habe sie in den ihr zugänglichen Dokumenten nicht herauslesen können, was der Grund der Inhaftierung der „Einheimischen“ gewesen war, für sie steht aber fest, dass in vielen Fällen die schlesisch-deutsche Herkunft einen Grund gespielt hatte. „Deshalb frage ich mich, ob wir Oberschlesier wirklich als zufällig angesehen werden können. Oberschlesier und damit für den Staat gleichsam Deutscher zu sein, war damals Verbrechen genug“, unterstreicht Prof. Rostropowicz.

 

Ihre Geschichte

Auf der Suche nach Zeitzeugen oder deren Nachfahren sind wir auf eine Person gestoßen, die zwar gern über das Schicksal ihres Vaters im Gebäude in der ul. Krakowska erzählt, gleichzeitig aber unterstreicht, dass sie ihre Anonymität wahren will. „Wir haben bis heute Angst offen darüber zu sprechen. Was uns widerfahren ist, ist schrecklich, aber die Angst sitzt einfach zu tief“, sagt unser Zeitzeuge.

Sein/ihr Vater hat es zwar lebend aus der UB-Dienststelle herausgeschafft, wurde aber nach einer zweijährigen Inhaftierung nie wieder ganz gesund und hat, da man es ihm verboten hatte, auch nie erzählt, was in diesen Mauer geschehen ist. „Ich kann mich aber noch sehr gut an den Tag erinnern, als er abgeholt wurde. Einige bewaffnete Männer kamen zu uns ins Haus und holten meinen Vater. Der Grund war wohl, dass er in unserem Ort eine Art Vorsteher für die Landwirte gewesen ist. Der eigentlich unpolitische Posten hat ausgereicht, um inhaftiert zu werden. Und meine Mutter hat erst sechs Wochen später erfahren, wo er überhaupt festgehalten wird. Dann dauerte es noch zwei Jahre, bis er endlich wieder nach Hause kam“, sagt unser Zeitzeuge.

Als wir ihm den Wortlaut der Gedenktafel am Haus Nr. 53 in der ul. Krakowska vorlesen, und zu der Stelle kommen, wo die einheimische Bevölkerung als zufällige Opfer benannt wird, wird Enttäuschung merklich spürbar, die aber nicht ausgesprochen wird. Sie zeigt sich uns in einem tiefen Seufzer.

Rudolf Urban

 

 

 

Wir wollen die Gründe für die Inhaftierung der einheimischen Bevölkerung näher beleuchten. Deshalb suchen wir nach weiteren Zeitzeugen und deren Nachfahren, die selbst im UB- Haus in der ul. Krakowska 53 eingesessen sind. Wenn Sie uns und unseren Lesern ihre Geschichte erzählen wollen (natürlich auch anonym), melden Sie sich in unserer Redaktion unter der Tel. 77 454 65 56 oder per E-Mail an r.urban@wochenblatt.pl

 

 

Więcej na temat tablicy także w programie Schlesien Journal z 08.05.2018

 

 

Tylko przypadkowe ofiary?

 

Niespełna dwa miesiące temu na budynku przy ul. Krakowskiej 53 w Opolu umieszczona została tablica, która upamiętnia ofiary mieszczącego się tam po 1945 roku przez krótki okres Urzędu Bezpieczeństwa. Jest to ważna inicjatywa, która pomaga wskazać miejsca, gdzie w okresie powojennym działy się mrożące krew w żyłach zdarzenia. Jednak nie wszystkie ofiary czy ich potomkowie mogą się cieszyć z faktu wmurowania tablicy.

 

Dość niepozornie prezentuje się budynek nr 53 na ul. Krakowskiej w Opolu, w którym swoją siedzibę oprócz regionalnego urzędu ochrony środowiska ma dziś kilka prywatnych firm. W świadomości przede wszystkim wielu starszych osób pozostało to, że budynek ten miał krótki, lecz straszny epizod, co miało miejsce w latach 1945–1948, kiedy to znajdował się tu oddział polskiego Urzędu Bezpieczeństwa (UB). Jego ofiary upamiętnia odsłonięta 1 marca tablica.

 

 

Ważna inicjatywa

 

Podaje ona w pierwszym rzędzie nazwiska ofiar panującego tam terroru, który oznaczał nie tylko ich aresztowanie, lecz przede wszystkim znęcanie się nad nimi i mordowanie ich, zwłaszcza w przypadku osób, które zdecydowanie przeciwstawiały się nowemu, komunistycznemu reżimowi. I właśnie to było celem Urzędu Bezpieczeństwa – aby wspierać narzucony przez Moskwę rząd, zamykając usta wszystkim inaczej myślącym (włącznie z fizyczną eliminacją). Na byłych niemieckich terenach wschodnich UB spełniał też jednak dodatkową rolę polegającą na represjonowaniu rdzennej ludności, którą uważano zasadniczo za niemiecką, a zatem za wrogi element. Na tablicy jednak nic o tym nie przeczytamy, poza antykomunistami wszystkie inne ofiary są bowiem określane mianem „przypadkowych mieszkańców regionu”.

 

 

 

Kto był więziony

 

W odpowiedzi na nasze zapytanie skierowane do opolskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej zwraca się uwagę na znalezione za budynkiem szczątki ludzkie, które wskazują na funkcjonowanie zbrodniczej machiny. Jednocześnie jednak podkreśla się, że nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy sprawcami byli milicjanci z UB, czy jeszcze wcześniej funkcjonariusze radzieckiego NKWD ani też jakie było pochodzenie ofiar oraz przyczyny ich aresztowania.

 

Fakt, iż na podstawie zachowanych zapisków trudno jest jednoznacznie ustalić tożsamość ofiar oraz ich rzekome przewinienia, potwierdza też historyk prof. Joanna Rostropowicz, która w latach 90. tłumaczyła niemieckojęzyczne dokumenty na potrzeby powołanej wówczas po raz pierwszy komisji ds. zbadania zbrodni popełnionych przez UB. Miała też jednak dostęp do dokumentów pochodzących z okresu po zakończeniu wojny. – A w nich przeczytałam m.in., że pewnego dnia z pewnej miejscowości położonej w pobliżu Opola osadzono w więzieniu około 20 mężczyzn, a z innej – około 10. I o dziwo, wielu z nich wkrótce potem zmarło na zawał serca. Będąc naukowcem, zaczyna się tu oczywiście coś podejrzewać – mówi prof. Rostropowicz i dodaje, że z udostępnionych jej dokumentów nie zdołała wprawdzie wyczytać, co było powodem aresztowania tych „miejscowych mieszkańców”, ale nie ma ona wątpliwości co do tego, że w wielu przypadkach jedną z przyczyn było śląsko-niemieckie pochodzenie. – Dlatego zadaję sobie pytanie, czy nas, Górnoślązaków, rzeczywiście można uważać za przypadkowe osoby. Bo w tamtym okresie bycie Górnoślązakiem, a zatem z punktu widzenia władz państwa poniekąd Niemcem, było dostatecznie dużym przestępstwem – podkreśla prof. Rostropowicz.

 

 

 

Osobista historia

 

Poszukując świadków tamtych wydarzeń lub ich potomków, natrafiliśmy na osobę, która co prawda chętnie opowiada o losie, jaki spotkał jej ojca w budynku na ul. Krakowskiej, jednocześnie jednak podkreśla, że chce zachować anonimowość. – Aż do dziś boimy się o tym otwarcie mówić. To, co się nam przydarzyło, jest okropne, ale strach tkwi po prostu zbyt głęboko – mówi nasz świadek czasu.

Jego/jej ojcu udało się wprawdzie wyjść żywcem z placówki UB, ale po trwającym dwa lata uwięzieniu nigdy nie powrócił do pełni zdrowia i ponieważ mu zabroniono, nigdy nie opowiadał o tym, co się w tych murach zdarzyło. – Mimo to bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym go zabrano. Kilku uzbrojonych mężczyzn przyszło do nas do domu i zabrali ojca. Powód był chyba taki, że był on w naszej miejscowości kimś w rodzaju naczelnika występującego w imieniu rolników. Ta w gruncie rzeczy apolityczna funkcja wystarczyła, by został aresztowany, a moja matka dopiero w sześć tygodni później dowiedziała się, gdzie jest w ogóle przetrzymywany. Potrwało to jeszcze dwa lata, zanim wreszcie wrócił do domu – mówi nasz świadek czasu.

 

Gdy odczytujemy mu treść tablicy pamiątkowej z budynku nr 53 na ul. Krakowskiej i dochodzimy do miejsca, w którym miejscową ludność nazywa się „przypadkowymi ofiarami”, daje się wyraźnie odczuć rozczarowanie, które jednak pozostaje niewypowiedziane, a my rozpoznajemy je po głębokim westchnieniu.

 

 

Rudolf Urban

 

 

Pragniemy bliżej naświetlić przyczyny aresztowań wśród miejscowej ludności. Dlatego poszukujemy kolejnych świadków czasu, którzy byli osadzeni w budynku UB na ul. Krakowskiej, oraz ich potomków. Jeżeli ktoś z Państwa chciałby opowiedzieć nam i naszym czytelnikom swoją historię (oczywiście także anonimowo), prosimy o zgłoszenie się w naszej redakcji pod numerem telefonu 77 454 65 56 lub pocztą elektroniczną na adres r.urban@wochenblatt.pl.