Przewodniczący VdG Bernard Gaida (w śrdku) wraz Marią Neumann (po lewej) i Moniką Wittek z biura VdG już wypełnili karty do głosowania, które teraz wystarczy przesłać do włąściwej komisji wyborczej w Niemczech. Foto: Krzysztof Świerc

24 września w Niemczech odbędą się wybory parlamentarne, a zatem decydować będziemy o czteroletniej kadencji Bundestagu i w pewien sposób o tym, kto będzie kanclerzem Niemiec. Żeby jednak wziąć udział w wyborach do Bundestagu, trzeba mieć ukończone 18 lat i wiedzieć, że każdy wyborca ma dwa głosy (należy postawić krzyżyki) – pierwszy oddaje się na kandydata, a drugi na partię polityczną. Co ważne, nie ma konieczności oddawania głosu na tę partię, którą reprezentuje kandydat danego wyborcy! Dla przykładu: naszym faworytem może być reprezentant CDU, a partią – SPD, Zieloni, Linke, AFD, FDP lub jakiś inny klub.

 

Od 2007 roku w Bundestagu zasiada 598 posłów. Połowa miejsc, czyli 299, należy do kandydatów, którzy w 299 okręgach wyborczych otrzymali większość głosów, a więc zostali wyłonieni w wyborach bezpośrednich. O drugiej połowie, czyli o pozostałych 299 mandatach decyduje także wyborca, ale głosując na partię, a nie na konkretnego kandydata. Politycy umieszczani są na listach w poszczególnych landach, a te – z uwzględnieniem wielkości landu – włączane są do listy federalnej, którą otwiera lider partii. Przykład: Angela Merkel ponownie otwierać będzie listę CDU, a Martin Schulz został „jedynką” na liście SPD.

 

Głos pierwszy i głos drugi

 

Z dwóch głosów oddawanych przez niemieckiego wyborcę ten drugi, o czym wspomniano wcześniej, oddawany jest na listę partyjną i jest on ważniejszy, ponieważ decyduje o składzie Bundestagu. Jeśli na przykład dana partia dostanie 35 procent głosów drugich, to w parlamencie otrzyma także 35 procent miejsc. Wniosek? Głosem drugim wyborca ostatecznie decyduje o składzie parlamentu! Jeśli zaś dana partia wygrała wybory dzięki głosom drugim, to następnie zostają one rozłożone na listy landowe. Ważne jest też to, że głosy pierwszy i drugi można zróżnicować, głosując w wyborach bezpośrednich na członka innej partii niż ta, na którą się oddaje głos przynależny listom partyjnym. Sytuacja komplikuje się wówczas, jeśli w jakimś kraju związkowym (landzie) dana partia dostanie więcej mandatów bezpośrednich, niż wynosi odsetek miejsc wynikający z oddanych głosów drugich. W takich przypadkach – a zdarzają się one regularnie – zwiększa się ogólną liczbę mandatów, gdyż te wynikające z wyborów bezpośrednich, czyli oddane głosami pierwszymi, koniecznie muszą zostać zachowane. Taki model obowiązuje od 2012 roku.

 

Próg wyborczy

 

Istotną informacją jest również ta, że w Niemczech do Bundestagu wchodzi tylko to ugrupowanie, które uzyskało poparcie co najmniej 5 procent. Zasada ta ma swoje historyczne uwarunkowania, bo wprowadzono ją w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, gdy rozdrobnienie sceny politycznej utrudniało tworzenie stabilnych rządów większościowych. Wtedy też próg wyborczy miał temu zapobiegać, ale czy dzisiaj jest to zasadne? Krytycy wskazują na fakt, że przez wprowadzenie progu zbyt wiele głosów wyborców przepada, mimo to w najbliższych wyborach parlamentarnych ów próg nadal będzie obowiązywał.

 

Na koniec należy jeszcze podkreślić dwie kwestie. Otóż kandydata na kanclerza Niemiec wybierają posłowie, a nie wyborcy! Istotne jest również to, że niemiecki system to demokracja reprezentatywna, w której centralną rolę odgrywa parlamentarzysta, ale tak zwana ustawa zasadnicza ważną funkcję kontrolną przekazuje też w ręce wyborcy. Oznacza to, że ten, kto uznał, że wybory odbyły się niezgodnie z obowiązującymi zasadami, ma prawo je zakwestionować.

 

Krzysztof Świerc