Wochenblatt – Gazeta Niemców w Rzeczypospolitej Polskiej

Wochenblatt – Gazeta Niemców w Rzeczypospolitej Polskiej

Wednesday, August 17, 2022

Temat ważny, a przemilczany

„Księga aresztowanych, internowanych i deportowanych z Górnego Śląska do ZSRR w 1945 roku” wyszła końcem zeszłego roku spod pióra dr. Dariusza Węgrzyna z Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach. Manuela Leibig rozmawiała z autorem o publikacji.

Gdzie szukał pan informacji na temat deportowanych?

Das Buch enthält 46.200 biographische Einträge
Foto: Schlesien Journal

To są wieloletnie kwerendy naukowe prowadzone w archiwaliach zarówno polskich, niemieckich, jak i rosyjskich. Są to różnego rodzaju listy, zestawienia, w których rodziny starały się o czyjś powrót, ale także różnego rodzaju dokumenty sądowe, w których rodzina starała się o uznanie zgonu danej osoby. Oczywiście Związek Radziecki nie wystawiał żadnych aktów zgonu, więc trzeba było to uregulować prawnie. Zatem są to setki dokumentów, teczek, dokumentów rosyjskich, których kopie wykonane w Moskwie są przechowywane w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie, do których to oryginałów już polscy historycy w tej chwili nie mają dostępu. Władze niemieckie wydały w latach 60. ubiegłego wieku wielotomową publikację na temat osób poszukiwanych, ofiar II wojny światowej pośród ludności narodowości niemieckiej. W akcjach spisowych prowadzonych wówczas w Polsce mamy zgłoszenia tylko od rodzin, które tu zostały, a trzeba pamiętać, że część mieszkańców Górnego Śląska albo uciekła przed frontem, albo została wysiedlona, więc mężczyzna deportowany z takiej rodziny nie widniał na listach poszukiwanych tworzonych tu na Śląsku. Korzystałem także z dokumentów, które Niemiecki Czerwony Krzyż uzyskał od władz rosyjskich. Jak się okazuje, każdy deportowany był wypytywany po przybyciu na miejsce, w tych ankietach można znaleźć dane poszczególnych osób w języku rosyjskim.

Z jakimi problemami się pan spotkał podczas swoich badań?

Cała dokumentacja pojechała z deportowanymi na wschód. Największą zagadką były imiona i nazwiska tych osób. Zapisane niejednokrotnie niedokładnie, imiona i nazwiska zmienione, spolszczone, niektórzy urzędnicy mieli pismo „lekarskie”, w dokumentacji widnieje jakiś szlaczek zamiast nazwiska. A tu, podczas kiedy rodzina szukała swoich bliskich, szukała Franza lub Franciszka, nieraz nie można było nikogo takiego znaleźć na istniejących listach. Więc wielokrotne porównywałem nazwiska na listach, kontaktowałem się z rodziną i wtedy udawało mi się ustalić imię i nazwisko. List w miejscach, gdzie pracowali internowani Górnoślązacy, było nieraz kilka. „Jak wypuszczali ostatnim razem Niemców do domu, to teraz pewnie wypuszczą Polaków” – myśleli uwięzieni i przy następnym spisie osoby te określiły siebie jako Polaków, w nadziei, że teraz wrócą do domu.

Kontaktował się pan również z deportowanymi i ich rodzinami?

Dr. Dariusz Węgrzyn vom Institut für Nationales Gedenken in Kattowitz
Foto: Schlesien Journal

Tak, dużą pomocą były rodziny deportowanych, które kontaktowały się ze mną w ciągu tych 15 lat. Myślę, że to jest grupa kilkuset osób, która pytała o los swoich bliskich, a przy okazji także przekazywała mi informacje. Na przykład ja miałem tylko informację o tym, że osoba była internowana, a rodzina dopowiadała, że wróciła albo nie wróciła, wtedy szukałem dodatkowych informacji, np. czy było prowadzone jakieś postępowanie w tej sprawie. W wyniku tej interakcji ta baza danych – na początku oczywiście elektroniczna, która była podstawą stworzenia biogramów – się rozrastała.

Co daje taki kontakt z osobami bezpośrednio związanymi z tą częścią Tragedii Górnośląskiej?

Byłem też w stanie pomóc niektórym rodzinom, przekazując im informacje o dacie i miejscu śmierci i pochówku. Oczywiście te cmentarze już nie istnieją, ale dla rodziny była to bardzo ważna informacja. Wiem, że wiele rodzin wykuło na grobie rodzinnym te dane. Dla mnie jako historyka bardzo ważna była interakcja, dzięki temu kontaktowi mailowemu lub osobistemu udało mi się uzyskać skany dokumentów, które nadal zbieram.

Dlaczego postawił pan na książkę, a nie na bazę danych w sieci?

Przyjąłem, że stworzę listę deportowanych z Górnego Śląska do Związku Sowieckiego. Zależało mi na tym, aby miała wymiar książki, a nie w pierwszej kolejności bazy internetowej. Ta trzytomowa książka pokazuje ogrom tej akcji, ile to jest nazwisk. Chciałem też, aby pozostał jakiś materialny ślad po mojej pracy. Poza tym bardzo często informacji o deportowanych poszukują ludzie starsi, dla których Internet nie jest pierwszym źródłem wyboru, jeśli chodzi o pozyskiwanie wiedzy. Dla nich jest jeszcze ważne przywiązanie do książki jako takiej. Książka składa się z listy podzielonej na trzy tomy i zawsze podczas spotkań autorskich podkreślam, że jedna trzecia wszystkich deportowanych nigdy nie wróciła do domu, co również pokazuje wymiar deportacji. Oczywiście nie wykluczam, w dalszym etapie, wydania tych biogramów w formie elektronicznej bazy danych.

Co skłoniło pana do podjęcia tego tematu?

Stwierdziłem, że pewne rzeczy trzeba zrobić. Różne rzeczy jako historyk robiłem, ale przekonałem się, że to jest jednak ważny temat, przez wiele lat przemilczany. Temat, który dotyczy zwykłych ludzi, górników, którzy całą wojnę przepracowali w zakładach przemysłowych. Trzeba było te dane zebrać, cierpliwie weryfikować i stworzyć pewną całość. Myślę, że to zostało zrobione. Niestety nie są to wszyscy deportowani, nie ma takiej możliwości, aby zebrać wszystkich. Podejrzewam, że te 46 200 osób to jest jakieś 95%. Taki wniosek wysnułem podczas kontaktu z rodzinami. Na dziesięć zapytań na dziewięć jestem w stanie odpowiedzieć. To pokazuje, że dane, które zebrałem, są w miarę szczelne.

Jest pan związany z Górnym Śląskiem?

Nie jestem Górnoślązakiem, natomiast moja żona jest z Górnego Śląska. Znam doskonale topografię Górnego Śląska, nazwy miejscowości, przysiółków, w wielu też miejscach byłem. Na przykład z okazji 70. rocznicy Tragedii Górnośląskiej praktycznie codziennie, między styczniem a marcem miałem jakieś spotkania z ludźmi, więc trochę tego Śląska poznałem, wiem, gdzie deportowani byli gromadzeni, co też się przydawało, aby zrozumieć, jak to wyglądało.

Show More