Oktober und November sind die beiden Monate, in denen wir häufiger als sonst die Friedhöfe besuchen. Dass dies nicht nur deshalb sinnvoll ist, um einmal an den Gräbern seiner Angehörigen zu beten, daran erinnerte unlängst das Haus der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit mit seiner Publikation „Verborgene Geschichte auf oberschlesischen Friedhöfen”. Und so möchten wir Sie nun für zu Spaziergängen durch ganz besondere schlesische Nekropolen einladen.

 

Wohin ist Karolinka Gegangen?

 

Überreste der Friedhofskapelle.
Foto: Hubert Jaksik

 

Unsere erste Station ist Wilhelmshort, wo sich ein hussitischer Friedhof befindet. Hussiten in Oberschlesien? Das klingt exotisch, aber nur für jemanden, der nicht mit der schlesischen Geschichte vertraut ist. Wilhelmshort war übrigens die jüngste tschechische Siedlung in der Region. Tschechen aus dem Sudetenland, evangelische Nachfahren der Hussiten, erschienen in Wilhelmshort im Jahr 1904, nachdem sie dort Land gekauft hatten. Es waren Familien, die die böhmischen Kolonien Friedrichsgrätz und Sacken (auch dort hat sich ein evangelischer Friedhof erhalten) im Landkreis Oppeln verlassen hatten. Sie bauten 32 Wohnhäuser und es ließen sich dort damals insgesamt 358 Menschen nieder.

 

Zu Ehren des Kaisers Wilhelm I. nannten sie die Siedlung Wilhelmshort und diese wurde schnell zu einer eigenständigen Gemeinde mit Schule, Kindergarten und sogar einer Feuerwehreinheit. Die Bewohner legten auch einen Friedhof an und bauten eine Kapelle. Mit dem Ende des Zweiten Weltkriegs gingen die Wilhelmshorter auf der Flucht vor der Roten Armee nach Deutschland und Tschechien. Nach dem Krieg kehrte dann nur eine Familie zurück und der Friedhof wurde geschlossen. Das bleibt er bis heute. In der Nachkriegszeit wurde er systematisch zerstört. Das einzige gut erhaltene Grabmal auf dem Friedhof ist der Grabstein der dort ruhenden Gogoliner Karolinka, also Karolina Kleinert, die angeblich aus dem Lied „Ging Karolinka nach Gogolin” bekannt ist. Allerdings ist das eher nur ein Gerücht, denn das Lied war bereits früher bekannt, auch in anderen Regionen Schlesiens. Jedenfalls sind außer dem Grab Karolinkas nur noch wenige Grabmäler erhalten geblieben, an denen sich die Namen der dort Ruhenden noch entziffern lassen. Wer den hussitischen Friedhof mit eigenen Augen sehen möchte, muss zunächst nach Bzinitz fahren und von der Woiwodschaftsstraße Nr. 901 in die ul. Cmentarna abbiegen. Über diese erreicht man dann den Friedhof.

 

 

Pochowani w piramidzie

 

Piramida stoi obok drewnianego kościoła w Rożnowie.
Foto: Joanna Mazurkiewicz

 

Egipska piramida na Śląsku? Brzmi nieprawdopodobnie, a jednak: stożkowatą budowlę znajdziemy nieopodal drewnianego kościoła pw. św. św. Piotra i Pawła w Rożnowie koło Wołczyna (powiat kluczborski). Tutaj znajduje się nekropolia, na której zachowało się tylko kilka nagrobków. W tym właśnie grobowiec w kształcie piramidy. Co prawda dziewięciometrowa piramida wielkością odbiega od gigantów zbudowanych dla egipskich faraonów, ale i tak na śląskim cmentarzu wygląda egzotycznie. Jest wyjątkowa nie tylko pod względem kształtu. Również nazwisko projektanta robi wrażenie. Jej autorem jest Carl Gotthard Langhans, który zaprojektował m.in. Bramę Brandenburską w Berlinie. Piramida powstała w 1780 roku. Nie posiada żadnych zdobień, poza kamiennym sarkofagiem nad wejściem. Widnieje na nim także herb rodu von Eben und Brunnen i von Möhring.

 

Foto: Joanna Mazurkiewicz

Skąd piramida w Rożnowie? Wśród arystokracji nie tylko na Śląsku panowała wówczas moda na Egipt. Sądzono, że specyficzny kształt budowli sprawi, że pochowane w jej wnętrzu ciała ulegną mumifikacji, wzorem egipskich faraonów. Piramidę zbudowano dla rodziny von Eben. Co ciekawe, pochowano w niej nie tylko członków rodu von Eben, ale swój ostatni spoczynek znaleźli tam też kolejni właściciele ziem rożnowskich. Wiadomo, że w piramidzie spoczął August Freiherr von Eben und Brunnen oraz 28 członków jego rodziny. Niestety piramida została splądrowana przez żołnierzy radzieckich w 1945 roku. Wnętrze zniszczono. Obiekt został zabezpieczony dopiero kilka lat temu.

 

 

Kirkut w Wielowsi

 

Październik i listopad to miesiące, w których częściej niż zwykle odwiedzamy cmentarze. O tym, że warto się tam wybrać nie tylko po to, żeby pomodlić się przy grobie bliskich, przypomniał niedawno swoją publikacją „Historia zapisana na śląskich cmentarzach” Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej. W kilku najbliższych wydaniach zaprosimy na spacery po wyjątkowych śląskich nekropoliach.

 

Foto: Konrad Kurzacz/Wikipedia

Dzisiaj w górnośląskiej Wielowsi nie mieszka ani jedna osoba pochodzenia żydowskiego. Zachowały się jednak ślady po żydowskich mieszkańcach, m.in. jeden z najlepiej zachowanych na Górnym Śląsku kirkutów, czyli cmentarzy żydowskich. Został on założony pod koniec XVII wieku. Najstarszym nagrobkiem jest macewa Jonatana Blocha, który był założycielem gminy żydowskiej w Wielowsi i prawdopodobnie pierwszym zamieszkałym tu Żydem. Na nagrobku Blocha widoczna jest data: 22 kwietnia 1722 roku. W sumie na cmentarzu do dnia dzisiejszego zachowało się około 200 macew z napisami w języku hebrajskim lub niemieckim, na niektórych inskrypcje są dwujęzyczne. Dawniej przy wejściu na cmentarz znajdował się jeszcze dom przedpogrzebowy, natomiast cały kirkut otoczony był kamiennym murem. Co ciekawe, ostatni spoczynek na cmentarzu znaleźli nie tylko mieszkańcy Wielowsi, ale również pobliskich Błażejowic, Wojska, a nawet Toszka, Pyskowic, Tarnowskich Gór i Gliwic.

 

Foto: Konrad Kurzacz/Wikipedia

Dzięki wykonanym jakiś czas temu pracom społecznym kirkut nie jest już zarośnięty i zaniedbany. Należy dzisiaj do najciekawszych zabytków kultury żydowskiej na Górnym Śląsku. Na wyróżnienie zasługują na przykład ozdobne płaskorzeźby, które znajdują się na macewach, na przykład lwy, rośliny, świece, menory, ptaki, jelenie, ale też naczynia: misy i dzbany. Na cmentarzu znajduje się też kilka nagrobków z symbolem tzw. błogosławiącej dłoni. Na terenie kirkutu znajdują się cztery pomniki przyrody, dęby o imionach Jonatan, Berach, Król Dawid i Król Salomon.
W Wielowsi zachował się budynek dawnej synagogi, który po II wojnie światowej zamieniono na magazyn zbożowy. Jest to dzisiaj najstarsza synagoga na Górnym Śląsku. Częściowo zniszczona podczas „nocy kryształowej” nie uległa jednak całkowitej dewastacji, bo wcześniej kupił ją chrześcijański mieszkaniec wsi, Franz Bialek, który miał esesmanom zagrozić, że jeśli nie ugaszą pożaru, to poda ich do sądu za zniszczenie mienia.

 

Cmentarze choleryczne

 

Przez wieki epidemie dziesiątkowały wsie, a zmarłych w tych okolicznościach chowano często na osobnych cmentarzach. Do tej pory na Śląsku zachowało się wiele tzw. cmentarzy cholerycznych.

 


Malutki cmentarz choleryczny w Przełajce pod Siemianowicami Śląskimi.
Foto: www.encyklo.pl

 

W XIX epidemia cholery nawiedzała Górny Śląsk kilka razy. Po raz pierwszy cholerę przynieśli tu w 1831 roku żołnierze rosyjscy wysłani nad Wisłę do stłumienia powstania listopadowego. Liczba ofiar, biorąc pod uwagę ogólną liczbę mieszkańców, była ogromna. W samym powiecie strzeleckim na Opolszczyźnie w 1836 roku na cholerę zmarło 2278 osób, w 1837 – 4432, w 1852 – 2293, a w roku 1855 – 3859.
Na cmentarze choleryczne z reguły wybierano miejsca odosobnione, poza granicami wsi. Często chowano tam też zmarłych na inne choroby zakaźne, jak tyfus, a później także zamordowanych przez wojska sowieckie. Tak było na przykład na cmentarzu cholerycznym w Dąbrówce w powiecie gliwickim.

 

Tamtejszy cmentarz choleryczny znajduje się 200 metrów od wsi, na skraju lasu. Mieszkańcy wciąż dbają o znajdujące się tam nagrobki. Cmentarze choleryczne znajdują się m.in. w Kamieniu Śląskim przy ul. Klasztornej (cmentarz założony w 1874 roku, spoczywa tam 50 osób) czy w Gliwicach, ukryty w Lesie Łabędzkim. Cmentarz choleryczny powstał również w Przełajce pod Siemianowicami Śląskimi.

 

W pierwszej fali epidemii zmarło tam 11 osób. O zapewnienie godnego pochówku ofiarom epidemii postarał się proboszcz michałkowickiej parafii ks. Antoni Stabik. W 1849 roku dokonał tego za zgodą władz pruskich. Ks. proboszcz napisał wówczas do biskupa Melchiora Diepenbrocka: „Za powrotem z przechadzki doszła mnie wiadomość, że w parafii mojej wybuchła cholera i natychmiast pośpieszyłem do moich biednych parafian, których w kilku dniach blisko 50 wymarło. A ponieważ policja nie pozwoliła przywozić umarłych do Michałkowic, więc napisałem prośbę o pozwolenie poświęcenia miejsca na cmentarz na przełajskich polach i pogrzebania tam umarłych”. Ksiądz Stabik pozwolenie otrzymał. Po latach cmentarz choleryczny w Przełajce doczekał się uporządkowania i odnowienia. Jest też przez wolontariuszy sprzątany przed Wszystkimi Świętymi.

 

Anna Durecka