Najbardziej prestiżowy wieloetapowy wyścig kolarski – Tour de France zakończył w miniona niedzielę swoją 104. edycję. Największym wygranym imprezy jest oczywiście ostateczny triumfator Brytyjczyk Chris Froome, który po raz czwarty (wcześniej 2013, 2015, 2016) wygrał „Wielką Pętlę”.

Niemieccy kibice także mieli swoją wielką gwiazdę – super sprintera – Marcela Kittela, jednak jego osoba należała również do postaci tragicznych i niespełnionych, bo tylko w takich kategoriach można rozpatrywać kogoś, kto wygrywa pięć etapów, a następnie upadek i kontuzja odbierają mu ogromne szanse na zwycięstwo w klasyfikacji punktowej.

 

 

Kolarskie TGV na finiszu

30 lat minęło od czasu, kiedy francuski tour rozpoczynał zmagania w niemieckim mieście, wcześniej miało to miejsce w 1965 r. w Koeln, w 1980 we Frankfurcie i w 1987 w Berlinie Zachodnim. Tym razem inauguracja nastąpiła w Düsseldorfie, jazdę indywidualną na czas rozstrzygnął na swoja korzyść Walijczyk Geraint Thomas. Potem rozpoczęły się sprinterskie popisy Kittela. Na kolejnych płaskich etapach doszedł do takiej perfekcji, że znakomici rywale nie byli w stanie pokonać niemieckiego mocarza sprintu, który na finiszu był niczym najszybszy pociąg świata – francuskie TGV, raz po raz mijając linię mety, jako pierwszy (etap 2.: Düsseldorf – Liège; 6.: Vesoul – Troyes; 7.: Troyes – Nuits-Saint-Georges; 10.: Périgueux – Bergerac; 11.: Eymet – Pau). Los odwrócił się od 29-latka o przydomku „Dolph Lundgren” podczas 17. etapu – upadek skutkował kontuzją prawego barku, uniemożliwiającą dalsze występy. Na jego pechu skorzystał Australijczyk, Michael Matthews (2. wygrane etapy), który pewnie dowiózł zwycięstwo w tej klasyfikacji do Paryża. Kittel czuł się zadowolony z dwóch powodów: po pierwsze – wyrównał niemiecki rekord imprezy Dietricha Thuraua z 1977 roku, czyli pięć zwycięstw etapowych w jednej imprezie, po drugie – z 14. sukcesami w całokształcie dokonań przebił osiągnięcie Erika Zabela (12), dzięki czemu lideruje wśród niemieckich kolarzy. Niestety niedosyt potęguje fakt, że 6-krotny zdobywca zielonej koszulki w klasyfikacji końcowej sprinterów – Zabel (1996-2001), mimo to pozostaje absolutnym rekordzistą w tej kategorii, tymczasem jak dotąd Kittel nie sięgnął po to trofeum ani razu! Kiedy zwyciężał cztery etapy w 2013 i 2014 roku, również mu się ta sztuka nie udała, gdyż na przeszkodzie stanęła słowacka gwiazda w osobie Petera Sagana – najlepszego sprintera touru w latach 2012-2016.

 

 

Zwycięstwo faworyta

Główny faworyt do ostatecznego sukcesu w wyścigu – Froome nie zawiódł, zapewniając sobie czwarte trofeum w kolekcji podczas jazdy indywidualnej na czas. Wprawdzie do tego momentu prowadził w klasyfikacji generalnej, jednak jego przewaga nad reprezentantem gospodarzy – Romainem Bardetem wynosiła zaledwie 23 s., a kolejny aspirant – Kolumbijczyk Rigoberto Urán tracił do Francuza 6. s. Co ciekawe i nietypowe, start i meta przedostatniej odsłony imprezy była umiejscowiona na piłkarskim stadionie Olympique w Marsylii. 3. pozycja przyniosła Brytyjczykowi przewagę 54. s. nad Uranem, który ostatecznie awansował na 2. miejsce. I choć Froome nie odniósł ani jednego zwycięstwa etapowego, w całokształcie triumfował na paryskiej alei Champs-Élysées! Wracając jeszcze do statystyk, na polu największej liczby zwycięstw etapowych w pojedynczej francuskiej imprezie, po osiem na koncie ma trzech zawodników: dwóch Belgów – legendarny Eddie Merckx (1970, 1974) i Freddy Maertens (1976) oraz Francuz Charles Pélissier (1930), natomiast sumarycznie już samodzielnie króluje Merckx – 34 razy kończył etapy jako pierwszy. Z kolei w ilości wygranych w klasyfikacji generalnej Tour de France, po tym jak po aferze dopingowej 7-krotny zwycięzca (1999-2005) Amerykanin Lance Armstrong został pozbawiony tytułów, z pięcioma zwycięstwami w tym niezwykle trudnym i wyczerpującym tourze liderują do spółki: Francuzi – Jacques Anquetil (1957, 1961-1964) i Bernard Hinault (1978, 1979, 1981, 1982, 1985), wspomniany Eddie Merckx (1969-1972, 1974) oraz Hiszpan Miguel Indurain (1991-1995). Jednak aktualny triumfator – Froome czai się tuż za nimi z czterema wygranymi na koncie, a przecież w wieku 32. lat ciągle może powiększyć swój dorobek.

 

 

Witold Wolak