Jak historia oddziałuje na dalsze pokolenia?

Z prof. Tomaszem Grzybem, psychologiem społecznym i pracownikiem Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, rozmawiała Manuela Leibig.

 

Profesor Tomasz Grzyb, psycholog społeczny i pracownik Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu
Foto: SWPS

 

 

Wersja niemiecka poniżej

 

Czas wojny jest czasem niewątpliwie trudnym dla ludzi, którym przyszło w jej czasach żyć. Wiele tragedii rodzinnych, walka o zdobycie pożywienia… Na mieszkańcach Śląska i Pomorza szczególne piętno odcisnęło przybycie „wyzwolicieli”, Armii Czerwonej. Dziś mamy wsparcie psychologów, wtedy tego nie było. Więc jak ludzie, którzy przeżyli te wydarzenia: gwałty, pobicia, poniżenie itd. potrafili żyć dalej, zakładać rodziny i dążyć do normalności? Co – z psychologicznego punktu widzenia – dawało im siłę?

Zacznijmy od tego, że informacje dotyczące przeszłości mamy od ludzi, którzy – przepraszam za kolokwializm – dali radę. To znaczy, że wszystkie opowieści, które słyszymy teraz, pochodzą od ludzi, którzy ten czas przeżyli w wystarczająco dobrej formie, żeby później jakoś funkcjonować. Była jednak również i taka grupa ludzi, która nie przeżyła i ich wspomnień nie mamy. To wyobrażenie, które mamy teraz o ludziach z tamtego pokolenia – że kiedyś byli oni silniejsi, twardsi, bardziej wytrzymali psychicznie itd. – pochodzi, powiedzmy sobie brzydko, z tej selekcji. To znaczy, ci ludzie, którzy dają nam takie wspomnienia, są tymi, którzy przeżyli, a my zapominamy o tych, którzy nie przetrwali tego czasu.

Ale wróćmy do tych rzeczy, które dawały ludziom siłę, czy pewną nadzieję. Tu można wymienić przynajmniej trzy. Pierwszą z nich jest bardzo wysokie poczucie obowiązku. To są oczywiście pewne spekulacje, bo trudno jest to zbadać wstecz, ale wydaje się, że ludzie w latach trzydziestych, czterdziestych żyli w przekonaniu, że pewne rzeczy po prostu trzeba zrobić. I nad pewnymi rzeczami nie ma sensu deliberować. Jeśli trzeba ugotować zupę z żołędzi, to się ją ugotuje, a nie marudzi, jak to jest beznadziejnie.

Druga rzecz, o której warto powiedzieć, to wiara ludzi. Możemy oczywiście prowadzić różnego rodzaju dysputy teologiczne dotyczące Kościoła we współczesnym świecie, jego roli w życiu społeczeństwa, ale kiedyś nie było takich deliberacji i to w pewnym sensie bardzo upraszczało życie. Jeżeli się człowiek specjalnie nie zastanawia nad moralnymi i filozoficznymi aspektami swojego postępowania, tylko ma prosty azymut moralno-etyczny, np. dekalog albo nauczanie Kościoła, paradoksalnie jest mu z pewnej perspektywy prościej, ma wszystko poukładane i jest mu nieco łatwiej sobie z tym wszystkim poradzić.
I trzecia rzecz, bardzo istotna, o której we współczesnym świecie zapominamy, to jest wsparcie społeczne. Generalnie jest tak, że im jest gorzej, tym bardziej ludzie muszą polegać na innych ludziach. Kiedy jest źle, ludzie muszą funkcjonować w zespołach i muszą mieć poczucie tego, że człowiek, na którego mogę liczyć, rzeczywiście mi pomoże. Myślę, że to jest bardzo poważna różnica pomiędzy ówczesnymi czasami a czasami dzisiejszymi. Teraz jesteśmy osamotnieni, oczywiście są jacyś ludzie w naszym życiu, ale oni są zajęci swoimi sprawami. Nie jesteśmy więc do końca przekonani, że oni pomogliby nam wtedy, kiedy ta pomoc byłaby nam potrzebna.

 

 

Przeżyli więc najsilniejsi. Jednak to, co spotkało tamto pokolenie, niewątpliwie można nazwać traumą. Czy ta trauma kończy się wraz z życiem świadków czasu, czy jest przekazywana dalszym pokoleniom?

To są bardzo trudne pytania i należałoby zacząć od ulubionej odpowiedzi psychologów, której często używamy: „to zależy”. To zależy od konkretnej sytuacji. Często jesteśmy przekonani, że psycholog jest potrzebny każdemu człowiekowi po przeżyciu jakichś trudnych wydarzeń. To jest fundamentalna nieprawda, bo człowiek jest istotą, która dość dobrze radzi sobie z trudnymi wydarzeniami. Niektórzy po prostu wymazują przeszłość, uznając, że co było, to było, nie należy wracać do strasznych czasów lub o nich rozmawiać. Są też tacy, którzy potrzebują rozmowy, chcą to z siebie wyrzucić, potrzebują kogoś, komu mogliby o tym wszystkim opowiedzieć, bo jest dla nich ważne, żeby pamięć o trudnych wydarzeniach nie zaginęła. I bardzo ważne jest to, żeby człowiekowi nie narzucać sposobu radzenia sobie. Ja bardzo nie lubię sytuacji, w których mówimy: „Babciu, nie można tego tak w sobie dusić, musisz to wszystko opowiedzieć”. Nie. Babcia nic nie musi. Prababcia, pradziadek niczego nie muszą. Oni mają swoje sposoby na radzenie sobie z tymi problemami. My oczywiście możemy uprzejmie zapytać, czy jakoś możemy w tym pomóc, ale jak osoby sobie tego nie życzą, nie możemy się ładować z butami do bardzo intymnego świata przeżyć.

Czy ta trauma może być dziedziczona? Tak, i to na różnych poziomach. Może być ona dziedziczona w sposób pośredni, poprzez pewne wzorce zachowań. Chciałbym się odwołać do zmarłego niedawno Kazimierza Kutza, który kiedyś mówił o Ślązakach, że ich główną cechą jest „dupowatość”. Mnie się to określenie paradoksalnie bardzo podoba, choć dla niektórych może być obraźliwe. Przez tę „dupowatość” Kutz rozumiał niechęć do bycia widocznym, rozpoznawalnym, niechęć do pokazywania siebie jako kompetentnego, sprawnego, jako osoby ważnej. Gdybyśmy mieli zastanowić się, skąd się ta „dupowatość” bierze, myślę, że jest ona właśnie reakcją na te wszystkie traumy XX wieku, przy czym mówię nie tylko o Tragedii Górnośląskiej, ale i o II i przede wszystkim o I wojnie światowej, która właściwie jest trochę zapominana na Śląsku, a to ona pozostawiła trwałe ślady w historii Ślązaków. Pod pojęciem „Ślązacy” rozumiem naturalnie mieszkańców Śląska, nie wchodząc w bardzo skomplikowane stosunki narodowościowe. I myślę, że ta „dupowatość” może być reakcją, którą wtłaczali w młodych ludzi ojcowie i matki: „Siedź cicho, nie wychylaj się, i tak ci wszyscy dowalą, ta historia przejeżdża po nas jak walec, jedyną szansą na to, żeby sobie z nią poradzić, jest bycie niezauważalnym”.

Druga rzecz, tu trochę spekuluję, to jest bardzo duża skłonność ludzi na Śląsku do kształcenia się w rzemieślniczych zawodach. Proszę zwrócić uwagę, że to są rzeczy, które zawsze się przydadzą. Jeśli będziesz dobrym murarzem, stolarzem, jeśli będziesz umiał radzić sobie z maszynami i je naprawiać, to wszędzie sobie dasz radę i będziesz w stanie być przydatnym. Jak zostaniesz filologiem polskim albo niemieckim, w trudnych czasach niespecjalnie będziesz przydatny. Być może takie bardzo silne przywiązanie, które my mamy na Śląsku do namawiania naszych synów i córek do wybierania jednak praktycznych zawodów, może być konsekwencją tych traum.

 

 

Jak to wygląda u dalszych pokoleń? Po jakich zachowaniach widać, że przodek tego człowieka zaznał np. głodu?

Jest taka dziedzina nauki, która ostatnio zaczęła się dosyć mocno rozwijać: epigenetyka. Epigenetyka bada dziedziczenie pewnych cech, ale takich, które się nie uwidaczniają w zapisie genowym. To są skłonności do pewnego rodzaju zachowań, które dziedziczymy po naszych rodzicach i dziadkach, ale jednocześnie trudno znaleźć zapis tego w strukturze DNA. Są takie badania wskazujące na to, że otyłość u ludzi jest często związana z poczuciem głodu u ich rodziców bądź dziadków. To oznacza, że np. jeśli twoja matka w okresie ciąży głodowała, a było to doświadczenie bardzo wielu ludzi na Śląsku, istnieje prawdopodobieństwo, że ty będziesz otyły. Biologicznie rzecz ujmując, jeżeli nasz organizm doświadczył braku jedzenia, stara się – kiedy to jedzenie jest – po prostu zmagazynować tak dużą ilość energii, czyli tłuszczu, żeby być przygotowanym na głód, który kiedyś może nadejść.

 

 

Od roku 1945 nie można było używać na Śląsku języka niemieckiego, groziły za to kary, pobyty w obozach pracy czy przesłuchania przez Służbę Bezpieczeństwa. Wszystko to wywoływało strach. Więc rodzice nie uczyli swoich dzieci języka niemieckiego. Obecnie natomiast wiele miast pielęgnuje współpracę z miastami partnerskimi w Niemczech, niemieccy inwestorzy otwierają na Śląsku firmy, wiedząc, że tu znajdą pracowników władających językiem niemieckim. Język więc przetrwał. Jak Pan profesor sądzi, dlaczego? Czy ten strach był tylko w pierwszych latach po wojnie?

Tak było. Jest w psychologii takie zjawisko jak reaktancja, czyli sytuacja, w której mamy przed sobą ileś tam wyborów, ale jeden z nich jest ograniczony. Np. teoretycznie mógłbyś się uczyć angielskiego, francuskiego i niemieckiego. Ale nie, niemieckiego nie, bo mieszkasz na Śląsku i tobie nie wolno. I tak było: we wszystkich miejscach w Polsce generalnie niemieckiego można się było uczyć, ale na Śląsku nie. Okazuje się jednak, że jeśli się komuś pewnej możliwości zabroni, okazuje się ona dla tego człowieka zdecydowanie bardziej atrakcyjna. Ujmując to metaforycznie: najlepiej smakuje zakazany owoc. Zastanawiam się, czy świadomość, że nie można się uczyć niemieckiego, zaowocowała tym, że mimo wszystko teraz jego znajomość na Śląsku jest najlepsza, co pokazują np. wyniki olimpiad czy matur z języka niemieckiego. Prawnie uczenie się języka było zabronione, ale mimo wszystko to robiono, bo wiadomo było, że to jest dziedzictwo kulturowe, a po drugie – działała reaktancja. Młodzi ludzie teraz świetnie radzą sobie z językiem niemieckim, ucząc się go w szkole i na różnych zajęciach dodatkowych, a starsze pokolenia, które nie miały tej możliwości, też jakoś sobie z nim radzą, bo zasłyszeli ten język w domu.

 

 

Wiele osób mogłoby swobodnie mówić na ulicy w języku niemieckim, ale tego nie robi. Niektórzy rodzice rezygnują dla swojego dziecka ze szkolnych zajęć z języka niemieckiego jako mniejszości lub z zajęć z zakresu własnej historii i kultury. Czy myśli Pan profesor, że przy obecnej sytuacji politycznej w Polsce głęboko w nas zakodowany strach przed podpadnięciem za używanie języka niemieckiego może się na nowo obudzić? Czy już się obudził?

Nie, myślę, że mniejszość niemiecka w ostatnich latach zyskała przekonanie, że „my się już nie musimy niczego wstydzić”. To, że się nie mówi na ulicach po niemiecku, nie jest spowodowane strachem. Jest raczej spowodowane pragmatyką, wygodą, ponieważ dominująca większość z nas mówi po polsku, w sklepach mówimy po polsku, w urzędach mówimy po polsku, choć w niektórych gminach istnieje teoretyczna możliwość używania języka niemieckiego jako języka pomocniczego. Ale ponieważ już nie musimy dźwigać wysoko sztandaru mniejszości, w tym sensie, że nie musimy się już bardzo domagać pewnych praw, bo one są zagwarantowane, to już nie mamy takiej wewnętrznej potrzeby. Reaktancja, o której wspominałem wcześniej, nie działa. Język niemiecki nie jest zabroniony, więc nie jest już tak przesadnie atrakcyjny. Fakt, że ludzie nie używają powszechnie języka niemieckiego, jest związany właśnie z pragmatyką, choć powiedziałbym – łamaną przez lenistwo. Bo jeśli wszyscy dookoła mnie mówią po polsku, nagle przestawienie się na inny język, który nie jest takim moim językiem codziennym, jest skomplikowane. Myślę, że działania rządu mające na celu ewidentne ograniczenie praw mniejszości niemieckiej, mogą w tym paradoksalnie pomóc i działać w przeciwnym kierunku do zamierzonego. Ten strach przed mówieniem po niemiecku już na szczęście trudno obudzić. Choć teoretycznie zawsze może się tak zdarzyć, zawsze nasze wdrukowane zachowania „oj, znowu nam zabraniają, to może lepiej bądźmy cicho, bo znowu będzie problem” mogą wrócić. Jestem przekonany, że ten czas od 1989 roku, czas naprawdę trudnego budowania tożsamości, ale także trudnego wypracowywania relacji z większością polską na pograniczu Opolszczyzny, czy generalnie Śląska, był dobrze wykorzystany. Pokazał, że ludzie się już mniej boją, że ich kulturowe dziedzictwo to nie jest żaden wstyd, że to nie jest rzecz, którą trzeba ukrywać. Ja myślę, że to, co teraz należałoby robić, to pokazywać, jak piękne jest to dziedzictwo, jak dobrze jest mieć w pamięci, skąd się wywodzę, kim byli moi dziadkowie, pradziadkowie, rodzice. Natomiast budowanie napięć, mówiąc „oni nam zabraniają, to my teraz będziemy tym bardziej” – wydaje mi się, że mniejszość ma to już za sobą, że nie trzeba myśleć w takich kategoriach. Można stwierdzić, że „my robimy swoje, niezależnie od tego, jak te okoliczności wokół nas będą się układały”.

 

 

Kriegstraumata werden vererbt

Mit Prof. Tomasz Grzyb, einem Sozialpsychologen und Mitarbeiter der
Breslauer Universität SWPS, sprach Manuela Leibig.

 

 

Krieg ist ohne Zweifel eine schlimme Zeit für die Menschen, die dann leben müssen. Viele schwierige Situationen, Familientragödien, Kampf um Lebensmittel… Bei den Menschen in Schlesien und Pommern hat insbesondere die Ankunft der „Befreier”, also der Roten Armee, tiefe Spuren hinterlassen. Heutzutage bekommt man Unterstützung durch Psychologen, damals gab es das nicht. Wie konnten also die Menschen, die Vergewaltigung, Misshandlung, Erniedrigung usw. erlebten, danach weiterleben, Familien gründen und nach Normalität streben? Was gab ihnen – aus psychologischer Sicht – die Kraft dazu?

Fangen wir damit an, das wir die Informationen über Vergangenheit von denjenigen Menschen haben, die – verzeihen Sie mir bitte den Ausdruck – es geschafft haben. Das heißt, alle Erzählungen, die wir jetzt hören, kommen von Menschen, die diese Zeit gut genug überlebten, um später irgendwie funktionieren zu können. Es gab ja aber auch jene Menschen, die nicht überlebten – ihre Erinnerungen haben wir nicht. Die Vorstellung, die wir jetzt von den Menschen aus jener Generation haben, dass sie einst stärker, härter, psychisch widerstandsfähiger etc. waren, entstammt, derb gesprochen, ebendieser Selektion. Das heißt, diejenigen Menschen, die uns solche Erinnerungen geben, sind die Überlebenden. Dabei vergessen wir diejenigen, die jene Zeit nicht überstanden haben.

Nun aber zurück zu den Dingen, die den Menschen Kraft oder eine gewisse Hoffnung spendeten. Davon kann man mindestens drei nennen. Zunächst einmal ein starkes Pflichtgefühl. Das sind natürlich auch Spekulationen, denn man kann das schlecht zurückverfolgen, aber es scheint, dass die Menschen in den 30er und 40er-Jahren in der Überzeugung lebten, dass man bestimmte Dinge einfach tun muss. Und dass es sinnlos ist, über bestimmte Dinge nachzugrübeln. Wenn man eine Suppe aus Eicheln kochen muss, dann wird sie eben gekocht und man nörgelt nicht, wie hoffnungslos es ist.

Eine andere erwähnenswerte Sache ist der Glaube der Menschen. Wir können natürlich verschiedene theologische Dispute führen über die Kirche in der heutigen Welt und über ihre gesellschaftliche Rolle, aber damals gab es solche Überlegungen nicht und das machte das Leben gewissermaßen viel einfacher. Wenn ein Mensch nicht sonderlich über moralische und philosophische Aspekte seines Handelns nachdenkt, sondern einem einfachen moralisch-ethischen Kompass folgt, z.B. dem Dekalog oder der Kirchenlehre, dann hat er es paradoxerweise aus einer bestimmten Perspektive gesehen leichter, alles hat dann seine Richtigkeit und es fällt einem dann leichter, mit allem zurechtzukommen.

Und die dritte, sehr wichtige Sache, die wir in der heutigen Welt vergessen, ist die gesellschaftliche Unterstützung. Es ist generell so: Je schlimmer es wird, umso stärker müssen sich die Menschen auf ihre Mitmenschen verlassen. Wenn es schlimm ist, müssen die Menschen in Teams arbeiten und müssen das Gefühl haben, dass jemand, auf den sie zählen können, ihnen auch wirklich helfen wird. Ich denke, das ist ein gravierender Unterschied zwischen der damaligen und der heutigen Zeit. Jetzt sind wir vereinsamt, natürlich gibt es irgendwelche Menschen in unserem Leben, aber sie sind mit eigenen Dingen beschäftigt. Wir können also nicht ganz sicher sein, dass sie uns helfen würden, wenn wir ihre Hilfe einmal nötig hätten.

 

 

Es haben also die Stärksten überlebt. Doch das, was der damaligen Generation widerfahren ist, kann man zweifellos als traumatisch bezeichnen. Endet dieses Trauma mit dem Leben der Zeitzeugen oder aber wird es an weitere Generationen weitergegeben?

Das sind sehr schwierige Fragen und man müsste hier mit der Lieblingsantwort der Psychologen anfangen, die wir oft benutzen: „Es kommt drauf an”. Es kommt eben immer auf die konkrete Situation an. Wir sind oft überzeugt, dass jeder Mensch, der bestimmte schwierige Erlebnisse hatte, einen Psychologen braucht. Dies ist grundsätzlich falsch, denn der Mensch ist ein Wesen, das recht gut mit schwierigen Ereignissen umgehen kann. Manch einer löscht Vergangenes ganz einfach aus nach dem Motto: Was gewesen ist, ist gewesen und man sollte nicht an schreckliche Zeiten zurückdenken oder darüber reden. Andere wiederum brauchen das Gespräch, sie wollen es aus sich hinauswerfen und brauchen jemand, dem sie das alles erzählen könnten. Es ist ihnen wichtig, dass die Erinnerung an schwierige Erlebnisse nicht verlorengeht. Und es ist sehr wichtig, dass man einem Menschen nicht aufzwingt, wie er zurechtkommen soll. Ich mag es überhaupt nicht, wenn man sagt: „Ach Oma, man kann das ja nicht so in sich ersticken, du musst das alles erzählen.” Nein, die Oma muss gar nichts. Die Uroma und der Uropa müssen gar nichts. Sie haben ihre eigenen Methoden, mit diesen Problemen umzugehen. Wir können natürlich höflich fragen, ob wir irgendwie behilflich sein können, aber wenn sich jemand das nicht wünscht, dann darf man sich in seiner ganz intimen Erlebniswelt doch nicht wie ein Elefant im Porzellanladen aufführen.

Ob dieses Trauma vererbt werden kann? Ja, und zwar auf verschiedenen Ebenen. Es kann indirekt vererbt werden durch bestimmte Verhaltensmuster. Ich möchte mich hierzu auf den unlängst verstorbenen Kazimierz Kutz berufen, der einst über die Schlesier meinte, ihr Hauptmerkmal sei „Lahmarschigkeit”. Mir gefällt diese Bezeichnung paradoxerweise sehr gut, auch wenn sie für so manchen beleidigend sein mag. Unter dieser „Lahmarschigkeit” verstand Kutz die Abneigung dagegen, sichtbar und erkennbar zu sein, sich selbst als kompetent und geschickt, als eine wichtige Person zu zeigen. Wenn wir darüber nachdenken sollten, wo diese „Lahmarschigkeit” herrührt, so denke ich, sie ist eben die Reaktion auf all die Traumata des 20. Jahrhunderts. Und dabei meine ich nicht nur die Oberschlesische Tragödie, sondern auch den Zweiten und vor allem den Ersten Weltkrieg, der eigentlich ein wenig vergessen wird in Schlesien, dabei hat er feste Spuren in der Geschichte der Schlesier hinterlassen. Unter „Schlesiern” verstehe ich natürlich die Bewohner Schlesiens, ohne auf die hochkomplizierten nationalen Verhältnisse einzugehen. Und ich denke, diese „Lahmarschigkeit” mag jene Reaktion sein, die den jungen Menschen von ihren Vätern und Müttern eingeimpft wurde: „Sei still und lehne dich nicht aus dem Fenster, man wird dir ja sowieso hart zusetzen, die Geschichte rollt ja über uns wie eine Walze und die einzige Chance zurechtzukommen ist es, unauffällig zu sein.”

Ein weiterer Punkt – hier spekuliere ich ein wenig – ist die große Neigung der Menschen in Schlesien, sich in handwerklichen Berufen ausbilden zu lassen. Das sind eben Dinge, die einem immer nützlich sein werden. Wenn man ein guter Maurer oder Tischler ist, wenn man mit Maschinen umgehen und sie reparieren kann, dann kommt man überall zurecht und ist in der Lage, stets nützlich zu sein. Wenn man hingegen ein polnischer oder deutsche Philologe wird, dann wird man in schwierigen Zeiten nicht sonderlich gebraucht. Vielleicht ist dieser starke Hang, den wir in Schlesien haben, unsere Söhne und Töchter zu praktischen Berufen zu überreden, eine Folge ebenjener Traumata.

 

 

Wie sieht das bei weiteren Generationen aus? Welche Verhaltensweisen lassen darauf schließen, dass ein Vorfahr des betreffenden Menschen z.B. Hunger leiden musste?

Es gibt ein wissenschaftliches Gebiet, das sich zuletzt recht stark entwickelt: die Epigenetik. Die Epigenetik forscht über die Vererbung bestimmter Eigenschaften, aber solcher, die nicht genetisch gespeichert werden. Es sind Neigungen zu Verhaltensweisen, die wir von unseren Eltern und Großeltern erben, aber man findet das kaum im DNA. So gibt es Forschungen, die darauf hindeuten, dass Fettleibigkeit bei den Menschen oft mit dem Hungergefühl ihrer Eltern oder Großeltern verbunden ist. Das heißt, wenn z.B. eine Mutter während ihrer Schwangerschaft hungerte – und das war ja die Erfahrung sehr vieler Menschen in Schlesien –, dann besteht die Wahrscheinlichkeit, dass ihr Kind beleibt wird. Biologisch betrachtet, wenn der Körper einen Essensmangel erfahren hat, dann versucht er, wenn Essen da ist, ganz einfach so viel Energie, also Fett, wie nur möglich zu speichern, um auf den Hunger vorbereitet zu sein, der eines Tages ja wiederkommen könnte.

 

 

Ab dem Jahr 1945 durfte man in Schlesien kein Deutsch sprechen, es drohten dafür Strafen einschließlich Arbeitslagern oder Verhören durch den Sicherheitsdienst. All das löste Angst aus. Die Eltern brachten ihren Kindern also kein Deutsch bei. Heute pflegen viele Städte eine Kooperation mit Partnerstädten in Deutschland und deutsche Investoren lassen sich in Schlesien nieder, da sie wissen, dass sie hier deutschsprechende Arbeitskräfte finden können. Also hat die Sprache doch überlebt. Was glauben Sie, Herr Professor, weshalb? Gab es diese Angst etwa nur in den ersten Jahren nach dem Krieg?

 

So war es. Es gibt in der Psychologie ein Phänomen, es nennt sich Reaktanz, also die Situation, in der man so und so viele Auswahlmöglichkeiten hat, aber eine davon ist eingeschränkt. So könnte man z.B. rein theoretisch Englisch, Französisch und Deutsch lernen. Aber nein, Deutsch nicht, weil man in Schlesien lebt und man darf es eben nicht. Genau so war es: Überall in Polen durfte man Deutsch lernen, nur nicht in Schlesien. Hier zeigt sich aber: Wenn einem etwas verboten wird, dann wird es für den Betroffenen viel verlockender. Metaphorisch betrachtet: Die verbotene Frucht schmeckt am besten. Ich vermute, dass das Wissen darum, dass man Deutsch nicht lernen durfte, es doch mit sich gebracht hat, dass heute die Deutschkenntnisse in Schlesien trotzdem die besten sind, was sich z.B. bei Deutschwettbewerben oder Deutschabituren zeigt. Gesetzlich war das Deutschlernen also verboten, aber man tat es trotzdem, denn man wusste, dass es kulturelles Erbe ist, und zweitens wirkte ja auch die Reaktanz. Junge Menschen kommen jetzt hervorragend mit der deutschen Sprache zurecht, indem sie diese auf der Schule und auch außerschulisch lernen, und die älteren Generationen, die diese Möglichkeit nicht hatten, kommen ebenfalls irgendwie damit zurecht, weil sie diese Sprache zuhause mitbekommen hatten.

 

Und trotzdem: Viele Menschen könnten problemlos auch auf der Straße Deutsch sprechen, aber sie tun es nicht. Manche Eltern verzichten auf einen Schulunterricht des Deutschen als Minderheitensprache für ihr Kind oder auch die Vermittlung der eigenen Geschichte und Kultur. Denken Sie, Herr Professor, dass bei der jetzigen politischen Lage in Polen die in uns tief verwurzelte Angst davor, wegen des Gebrauchs der deutschen Sprache unangenehm aufzufallen, nun wiedererwachen könnte? Oder ist sie vielleicht sogar bereits wieder erwacht?

Nein, ich denke, die deutsche Minderheit hat in den letzten Jahren die Überzeugung gewonnen, dass „wir uns nicht mehr wegen irgendetwas schämen müssen”. Dass man auf der Straße nicht Deutsch spricht, ist nicht auf Angst zurückzuführen. Vielmehr liegt es an Pragmatik und Bequemlichkeit, denn die allermeisten Menschen bei uns sprechen ja Polnisch. Man spricht Polnisch in den Geschäften, Polnisch ist auch die Amtssprache, auch wenn es in manchen Gemeinden theoretisch möglich ist, Deutsch als Hilfssprache zu benutzen. Da wir aber jetzt nicht mehr das Banner der Minderheit hoch tragen müssen in dem Sinne, dass wir bestimmte Rechte nicht mehr erst einfordern müssen, weil diese ja schon garantiert sind, haben wir nun nicht mehr das innere Bedürfnis dazu.

Die von mir erwähnte Reaktanz wirkt hier nicht. Die deutsche Sprache ist nicht mehr verboten, also ist sie auch nicht so vehement attraktiv. Dass die Menschen nicht allgemein Deutsch sprechen, hängt eben mit Pragmatik zusammen, wenn auch gemischt mit Faulheit, würde ich sagen. Wenn nämlich alle um mich herum Polnisch sprechen, dann wird ein plötzliches Umschalten auf eine andere Sprache, die für mich keine Alltagssprache ist, schon ein wenig kompliziert. Ich denke, die Maßnahmen der Regierung, mit denen die Rechte der deutschen Minderheit offensichtlich eingeschränkt werden sollen, könnten paradoxerweise dabei helfen und in die entgegengesetzte Richtung gegenüber der Beabsichtigten wirken.

Die alte Angst vor dem Deutschsprechen ist nun zum Glück kaum noch wiederzuerwecken. Auch wenn es theoretisch noch immer passieren könnte, dass unser eingeprägtes Verhaltensmuster „Oje, das ist uns jetzt schon wieder verboten, da sollen wir vielleicht lieber stillhalten, sonst gibt es wieder ein Problem” wiederkommen könnte. Ich bin überzeugt, dass die Zeit seit 1989, die Zeit eines wirklich schwierigen Aufbaus der Identität, aber auch eines schwierigen Erarbeitens der Beziehungen zur polnischen Mehrheit, hier im Oppelner Land und auch generell in Schlesien gut genutzt worden ist. Die Menschen haben jetzt kaum noch Angst, dass ihr kulturelles Erbe eine Schande sein könnte, etwas, das man verbergen müsste. Und ich denke, was man jetzt tun sollte, wäre zu zeigen, wie schön dieses Erbe ist, wie gut es ist, im Gedächtnis zu haben, woher ich stamme, wer meine Großeltern, Urgroßeltern und Eltern gewesen sind. Und der Aufbau von Spannungen, indem man sagt, die wollen es uns verbieten, dann wollen wir es jetzt umso mehr, da scheint es mir, dass die Minderheit das bereits hinter sich hat, dass man nicht mehr in diesen Kategorien denken muss, dass man einfach feststellen kann: „Wir tun das Unsrige, egal wie die Umstände um uns herum sich weiterentwickeln.”