Od 28 lat szefową koła DFK w Dębskiej Kuźni jest Maria Kwiecińska, znawczyni historii regionu, inicjatorka projektów propagujących kulturę niemiecką i śląską. W rozmowie z Dagmarą Mientus opowiedziała o działalności swojego DFK.

 

Maria Kwiecińska, przewodnicząca koła DFK w Dębskiej Kuźni
Foto: Dagmara Mientus

 

 

 

W jakich okolicznościach powstało koło DFK Dembiohammer?

Pamiętam, że na początku zapisało się do naszego koła 460 osób. Biorąc pod uwagę, że wtedy nasza wioska liczyła około 1000 mieszkańców, to mniejszość stanowiła prawie połowę wsi! Pamiętam, jak kopałam coś w ogródku i zobaczyłam, że idzie kilka naszych kobiet, gdzieś się spieszyły. Podniosłam głowę i zapytałam, gdzie tak żwawo idą. Wtedy Franzka odpowiedziała, że idą się zapisać. Zdziwiłam się, bo gdzie one mogłyby się u nas na wsi zapisać. Zaczęłam więc dopytywać i dowiedziałam się, że idą do Ericha złożyć podpis, żeby znów być Niemcami. Aż mnie zamurowało. Od razu rzuciłam pracę w ogrodzie i pojechałam do rodziny na drugą ulicę, ale oni też nic o powstaniu mniejszości niemieckiej nie słyszeli. Myśmy kompletnie nie mieli o tym pojęcia, wszystko odbywało się w takiej konspiracji, strachu. Ta wieść rozniosła się tylko dzięki szeptaniu gdzieś między sobą. Kiedy pojawiłam się u Ericha, byłam już ostatnia na liście, prawie cała wieś się wcześniej wpisała. Na pierwszym spotkaniu wybrano mnie na przewodniczącą, a miałam tylko trzydzieści parę lat.

 

 

Spotkała się Pani z jakimiś problemami na początku działalności?

Oczywiście, początki do najłatwiejszych nie należały, ale to wszystko stało się bardzo szybko, nadeszły ogromne zmiany i to dla wszystkich. Pamiętam, jak uczyłam w szkole religii, to przy okazji uczyłam dzieci również modlić się po niemiecku i to się już nie wszystkim podobało. Musiałam się przed wieloma osobami tłumaczyć. Ale w końcu przebrnęliśmy przez te ciężkie czasy.

 

 

Pani życiowym mottem jest hasło: „Wer schreibt, der bleibt”. Skąd u Pani zamiłowanie do zapisywania wszystkich wydarzeń?

Tożsamość jest bardzo ważna i trzeba dbać o to, żeby następnym pokoleniom została ta historia przekazana, aby mogli odkryć tę swoją tożsamość, sięgnąć do swoich korzeni. Trzeba pisać, bo niespisane historie ludzi mogą kiedyś zostać przez kogoś, za kilka, kilkanaście lat spisane, ale niedokładnie bądź nawet błędnie. Wiele rzeczy może również zostać zapomnianych. Przecież gdybym ja regularnie nie zapisywała najważniejszych wydarzeń w naszych kronikach, to już nawet nie miałabym do czego wracać, bo pamięć jest zawodna. Wiadomo, nie zawsze wszędzie mogę być i osobiście przeżyć, ale wtedy odwołuję się do artykułów w gazetach czy zdjęć innych osób. W kronikach nie piszę jedynie o przeprowadzanych projektach, ale o wszystkich najważniejszych dla mniejszości, wsi i naszego regionu przeżyć.

 

 

Co roku jeździcie na pielgrzymkę do sąsiedniej miejscowości Dębie, na waszych kubkach i koszulkach widnieje herb Dębskiej Kuźni, ale również Dębia. Skąd taka zażyłość między waszymi wioskami?

No i teraz trzeba wrócić do korzeni. Dembiohammer powstało dzięki mieszkańcom, bo tej wsi kiedyś nie było. My pochodzimy z Dębia, bo Kuźnia to jest takie, można powiedzieć, dziecko Dębia. Niedaleko Dębia znajdowało się takie osiedle kuźnicze, które nazywało się właśnie Dębską Kuźnią. Właściciel złóż żelaza podarował ludziom takie małe kawałeczki ziemi i na tych podarowanych częściach mogli się osiedlić. Tak się to też zaczęło. Dlatego my też pielęgnujemy i chcemy zachować te nasze korzenie, a sięgają one właśnie do Dębia.

 

 

To właśnie ciekawa historia waszego regionu dała początek waszym wycieczkom rowerowym?

Dokładnie tak. Niektóre dzieci nie mają pojęcia o historii naszego regionu. Dlatego też jako koło przez całe lato w zasadzie jeździmy po naszej wiosce i okolicach, żeby poznać historię. A osoby starsze, które już nie potrafią chodzić, zwiedzają te nasze ważne miejsca dzięki panu Brunowi, który wozi ich w takiej radosnej furze i dzięki temu wszyscy razem możemy odkrywać, poznawać na nowo historię. Jeździmy także szlakiem krzyży i kapliczek naszej miejscowości, gminy.

 

 

Jakie projekty należą do waszych sztandarowych przedsięwzięć?

Mam w kole ponad sto osób, dlatego realizacja żadnego projektu nie jest nam straszna. Przede wszystkim dobre jest to, że współpracujemy z różnymi instytucjami w miejscowości, na przykład ze szkołą, strażą czy kołem Caritas. Najbardziej cieszę się z Samstagkursów, bo pięknie patrzy się, jak najmłodsze dzieci chłoną wiedzę, jak chcą się uczyć, bawić. To jest coś, co daje mi prawdziwą satysfakcję. Organizujemy różne spotkania historyczne, pielgrzymki do Dębia, spotkania bożonarodzeniowe, ale też te z Mikołajem, zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Skubiemy pierze w szkole podstawowej, skrobiemy kroszonki, kultywujemy zwyczaje wielkanocne i bożonarodzeniowe. Na Weihnachtsfest, który organizowaliśmy w zeszłą niedzielę, przyszło 200 osób. Jest to naprawdę rekordowa liczba. Cieszę się bardzo, że przyciągamy do siebie ludzi, bo to właśnie dla nich wszystko robimy, a nie dla zysku. Od początku istnienia podążamy za myślą, żeby wrócić do swoich korzeni i każdy nasz projekt właśnie do tego zmierza.