Mit Bernard Dembczak, dem Vorsitzenden des Verbandes schlesischer Bauern, sprach Anna Durecka

 

Bernard Dembczak
Foto: Związek Rolników Śląskich

 

 

Polska wersja poniżej 

 

 

Die Bezirksversammlungen des Verbandes schlesischer Bauern sind in vollem Gange und befinden sich nun genau auf halber Strecke. Ist das Interesse groß?

Unserem Verband gehören derzeit etwa 1.100 Einzelwirtschaften an. Ich meine damit also ganze Bauernhöfe, nicht einzelne Verbandsmitglieder, denn unsere Schulungen werden oft auch von Ehefrauen und Söhnen oder sogar Töchtern der jeweiligen Hofbesitzer in Anspruch genommen. Die größten Cluster gibt es in den Landkreisen Neustadt und Kandrzin-Cosel. Nach den bisherigen Versammlungen kann ich durchaus ein sehr großes Interesse feststellen und es tragen sich auch immer neue Mitglieder ein, obwohl die Zahl der Landwirte eher sukzessive abnimmt. Die Versammlungssäle sind immer voll und es kommen von Jahr zu Jahr immer mehr Menschen. Letztes Jahr haben wir im Rahmen unserer Vorhaben neben Schulungen und Reisen auch einen Sommergrill, Schlittenfahrten und Karnevalspartys gemacht und es nahmen insgesamt 1.700 Personen teil. Es ist eine beeindruckende Zahl, die zeigt, dass wir als Verband gebraucht werden.

 

Auf den Versammlungen sind immer sehr viele junge Leute anwesend. Ist das überall so?

Ja. Mehr noch, wir bieten viele Schulungen und Studienreisen an und letztes Jahre haben wir auch eine Reise nach Bayern mit dem Schwerpunkt Schweinemast organisiert. Es war eine kleine Gruppe, denn die Schulung war ja thematisch eng ausgerichtet. Ich war mitgefahren als Betreuer und um bei der Kommunikation zu helfen. Was mich dabei überraschte und zugleich erfreute: Ich war mit meinen 53 Jahren der älteste in der Gruppe. Das war für mich ein sehr positives Zeichen.

 

Was glauben Sie, woran liegt das?

Die Landwirtschaft von heute bedeutet Präzision und ständige Fortbildung. Unsere Schulungen beziehen sich thematisch oft auf ein kleines Teilgebiet, also fahren nur die besonders Interessierten hin, die sich weiterbilden wollen. Es ist auch zu betonen, dass die Teilnehmer dieser Reisen selbst die meisten Kosten tragen, denn wir bekommen für solche Schulungen keine Finanzierung.

 

Wie schaffen Sie es also, ein solches Schulungsangebot für Landwirte einschließlich Auslandsreisen zustande zu bringen?

Wir arbeiten mit vielen Organisationen zusammen und das schon seit Jahren. Diese guten Kontakte helfen nun dabei. So zum Beispiel in Bayern. Die dortige Landwirtschaft ist vergleichbar mit dem unsrigen und die Unterstützung des bayrischen Landwirtschaftsministeriums für Schulungszentren und -initiativen ist sehr groß. Wir können davon nach gleichen Regeln profitieren wie die Deutschen. Wir unterhalten sehr gute Kontakte zum Deutschen Bauernverband und konnten dadurch vor zwei Jahren Diana Gach zum sog. Top-Kurs der Andreas-Hermes-Akademie für junge Landwirte schicken. Und für nächstes Jahr bestehen gute Chancen, dass zwei weitere junge Leute zu diesem Kurs fahren könnten. Im Übrigen wurde Frau Gach kürzlich auf einer Bezirksversammlung zu einer Delegierten zur Hauptversammlung unseres Verbandes gewählt, die im Mai stattfinden wird. Dieses Jahr wird übrigens ein neuer Vorstand gewählt. Wir versuchen also diese jungen Menschen anzulocken, sie zu fördern und ihnen etwas Wertvolles anzubieten. Generell aber haben wir eine großes Altersspektrum, denn wir haben auch erfahrene Personen in unserer Verbandsleitung. Ich denke, es ist eine gute Kombination aus Jugend, Energie und Erfahrung.

 

Mit welchen Themen kommen Sie bei den Versammlungen am häufigsten in Berührung? Welche Probleme werden von Landwirten in die Diskussion gebracht?

Es wird eine ganze Menge von Themen angesprochen. Die Landwirtschaft wird heutzutage mit sehr vielen konfrontiert. So gibt es einerseits eine riesige Bürokratie. Die Landwirtschaft lässt sich nicht in Tabellen erfassen. Unterdessen wird von den Landwirten z.B. ein sog. Düngungsplan verlangt und sie müssen dabei ihre voraussichtliche Ernteleistung angeben. Manche Vorschriften schließen sich ganz klar gegenseitig aus. Also sprechen wir auch darüber. Hinzu kommt jetzt das Problem der afrikanischen Schweinepest und der Unrentabilität der Schweinezucht.

Unser Motto ist auch „Moderne Landwirtschaft unter Bewahrung der schlesischen Tradition”. Die schlesische Tradition ist für uns ebenfalls sehr kostbar, deshalb geben wir jedes Jahr unseren Kalender heraus und manchmal auch andere Veröffentlichungen, wir organisieren unsere traditionellen Veranstaltungen wie den Sommergrill, an dem bis zu einigen hundert Menschen teilnehmen. Auf den Versammlungen informieren wir über unsere Pläne für dieses Jahr.

Als Verband sind wir auch bemüht, die Bedeutung der Landwirtschaft hervorzuheben. Die Umweltschützer trauern um den Abschuss von Wildschweinen. Niemand macht sich heute Sorgen über das Schicksal der Landwirte oder darüber, dass wenn irgendwo ein einziger ASP-Fall festgestellt wird, anschließend tausende gesunde Schweine getötet werden. Und die Methoden dabei sind weit von den humanitären entfernt. Das beschäftigt die Umweltschützer nicht so sehr. Es gibt ein Missverhältnis beim Umgang mit diesem Themen.

 

Woran liegt das?

Nun, wir Landwirte sind leider nur schlecht vertreten bei den Behörden verschiedener Ebenen. Es gibt eben zu wenige Menschen, die unsere Interessen repräsentieren. Landwirte selbst haben keinen Hang dazu. Das Ergebnis ist, dass es bei den Gemeinde- und Kreisverwaltungen sowie in Sejmiks keine Landwirte gibt. Wir sind also auch ein wenig selber schuld.

 

 

Rolnictwa nie da się ująć w tabelki

Z Bernardem Dembczakiem, przewodniczącym Związku Rolników Śląskich, rozmawia Anna Durecka

 

 

 

Trwają zebrania rejonowe Związku Rolników Śląskich. Jesteście akurat na półmetku. Czy cieszą się one dużym zainteresowaniem?

Do naszego związku należy obecnie około 1100 gospodarstw. Mówimy o gospodarstwach, nie o członkach, bo często z naszych szkoleń korzystają i żony, i synowie czy nawet córki właścicieli gospodarstw. Największe skupiska są w powiatach prudnickim i kędzierzyńsko-kozielskim. Po zebraniach widzę, że zainteresowanie jest bardzo duże, wciąż wpisują się nowi członkowie, mimo że trend jest taki, że rolników raczej ubywa. Sale są pełne i z roku na rok jest więcej ludzi. W naszych przedsięwzięciach w zeszłym roku, a poza szkoleniami i wyjazdami robimy jeszcze letni grill, kuligi, zabawy karnawałowe, wzięło w sumie udział 1700 osób. To jest imponująca liczba i świadczy o tym, że jako związek jesteśmy potrzebni.

 

 

Wśród obecnych na zebraniach jest bardzo dużo osób młodych. Czy tak jest wszędzie?

Tak. Mało tego, organizujemy wiele szkoleń i wyjazdów studyjnych i w zeszłym roku organizowaliśmy też wyjazd do Bawarii, dotyczący trzody. To była mała grupa, bo szkolenie było takie bardzo ukierunkowane tematycznie. Pojechałem jako opiekun i żeby może pomóc w komunikacji. I co mnie zaskoczyło, ale jednocześnie ucieszyło: byłem w grupie najstarszy, a mam 53 lata. To dla mnie był bardzo pozytywny sygnał.

 

 

Jak pan myśli, z czego to wynika?

Rolnictwo to jest dzisiaj precyzja, ciągłe dokształcanie się. Organizowane przez nas szkolenia tematycznie dotyczą często jakiejś wąskiej dziedziny, więc jadą ci naprawdę zainteresowani, którzy chcą się dokształcać. Trzeba też podkreślić, że uczestnicy tych wyjazdów większość kosztów ponoszą sami, bo na takie szkolenia nie dostajemy dofinansowania.

 

 

Jak więc udaje wam się przygotować taką ofertę szkoleniową dla rolników, która obejmuje też wyjazdy zagraniczne?

Prowadzimy współpracę z wieloma organizacjami, i to od lat, i te dobre kontakty nam w tym pomagają. Na przykład w Bawarii. Tamtejsze rolnictwo jest porównywalne z naszym, a wsparcie ze strony monachijskiego ministerstwa rolnictwa dla ośrodków i inicjatyw szkoleniowych jest bardzo duże. My możemy korzystać z tego na tych samych zasadach co Niemcy. Utrzymujemy bardzo dobre kontakty z Deutscher Bauernverband, dzięki temu dwa lata temu udało nam się wysłać na kurs rolniczy Andreas Hermes Akademie – tzw. Top-Kurs dla młodych rolników – Dianę Gach, a w przyszłym roku jest szansa na to, że pojadą na ten kurs dwie młode osoby. Zresztą pani Gach została ostatnio na zebraniu rejonowym wybrana na delegatkę na walne zgromadzenie naszego związku, które odbędzie się w maju. W tym roku zresztą są wybory nowego zarządu. Tak że staramy się tych młodych przyciągać, promować ich, zaoferować im coś wartościowego. Ale generalnie mamy duży przekrój wiekowy, bo w naszych władzach są też osoby doświadczone. Myślę, że to jest dobra kombinacja młodości, energii i doświadczenia.

 

 

Z jakimi tematami styka się Pan podczas zebrań najczęściej? Jakie problemy poruszają rolnicy w dyskusji?

Tematów jest multum. Rolnictwo boryka się dzisiaj z bardzo wieloma problemami. Z jednej strony to jest ogromna biurokracja. Rolnictwa nie da się ująć w tabelki. Tymczasem wymaga się od rolników przygotowania np. tzw. planu nawozowego, gdzie żąda się przewidzenia przez rolnika oczekiwanego plonu. Niektóre przepisy ewidentnie się wykluczają. Pojawia się problem afrykańskiego pomoru świń, nieopłacalności hodowli trzody i wiele innych.

Naszym hasłem jest też „Nowoczesne rolnictwo z zachowaniem śląskiej tradycji”. Ta śląska tradycja jest dla nas też bardzo cenna, dlatego co roku wydajemy nasz kalendarz, czasem inne wydawnictwa, organizujemy nasze tradycyjne imprezy, jak letni grill, w którym bierze udział nawet kilkaset osób. Podczas zebrań informujemy o naszych planach na ten rok.

Staramy się też jako związek podkreślać znaczenie rolnictwa. Ekolodzy rozpaczają nad odstrzałem dzików. Nikt się dzisiaj nie przejmuje losem rolnika albo tym, że jeśli gdzieś stwierdzi się jeden przypadek ASF, to potem wybija się tysiące zdrowych świń. A metody te są dalekie od humanitarnych. To ekologów tak bardzo nie zajmuje. Jest dysproporcja w podejściu do tych tematów.

 

 

Z czego to wynika?

No niestety mamy jako rolnicy zbyt małe przedstawicielstwo we władzach, na różnych szczeblach. Za mało jest osób, które by reprezentowały nasze interesy. Rolnicy się do tego nie garną. I efekty są takie, że we władzach gminnych, powiatowych, sejmikach nie ma rolników. Trochę jesteśmy więc sami sobie winni.