Barbara Loch mit Kindern beim Vorzeigeprojekt des Vereins Pro Liberis Silesiae „Kinderspielstadt Klein Raschau”

Z Barbarą Loch, członkiem zarządu i dyrektorem biura Stowarzyszenia Pro Liberis Silesiae, które prowadzi trzy dwujęzyczne szkoły i przedszkola, rozmawia Manuela Leibig.

 

Kiedy zaczęło się Pani zaangażowanie w organizacje mniejszości niemieckiej?

 

Moje zaangażowanie w mniejszość niemiecką zaczęło się bardzo wcześnie. Utożsamiam się mocno z mniejszością niemiecką. Interesuje mnie problematyka mniejszości narodowych w ogóle. Uważam, że żyjemy w bardzo ciekawym regionie, na styku kultur. W trakcie mojej nauki w szkole czy w trakcie studiów były to właśnie moje zainteresowania, które rozwijałam – przez moje późniejsze zaangażowanie – również zawodowo w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej. Zawsze też miałam kontakt z młodzieżą i jej organizacjami, chociażby poprzez pilotażowy projekt Kuźnia Młodych Liderów, którego pierwsze edycje prowadziłam. Miałam więc cały czas kontakt z kwiatem młodzieży mniejszości z całego Górnego Śląska, w związku z tym wiedziałam, co się w tych organizacjach dzieje, jakie są ich silne, a jakie słabe strony. Starałam się je wspierać i motywować, bo to jest też bardzo ważne w pracy organizacji młodzieżowych.

 

Jest Pani podporą Stowarzyszenia Pro Liberis Silesiae. Jak się zaczęło to, co teraz jest takie fenomenalne?

 

Historia zaczęła się od tego, że po studiach pięć lat pracowałam w Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej. Po tym intensywnym czasie – który jednocześnie był bardzo bogaty w zdobywanie doświadczeń zawodowych, poznawanie ludzi i całego regionu – byłam dwa lata w Berlinie i w tym okresie współpracowałam z pełnomocnikiem do spraw mniejszości narodowych w Niemczech oraz mniejszości niemieckich, p. dr. Christophem Bergnerem. Po tym niezwykle cennym okresie pobytu za granicą, podczas którego zdobyłam bardzo dużo doświadczeń zawodowych, nasunęło się pytanie: Co dalej? Tak zaczęłyśmy współtworzyć w 2008 roku razem z kilkoma innymi osobami Stowarzyszenie Pro Liberis Silesiae. To była oddolna inicjatywa oświatowa mająca na celu zmianę wizji w edukacji, spojrzenie na to, co można zrobić innego, ciekawego dla dzieci tego regionu.

 

Mówi Pani o inicjatywie oddolnej kilku osób. Co było szczególnie trudne przez te ostatnie dziewięć lat?

 

Szczególnie trudne były początki. I my znaleźliśmy się w nowej roli, i rodzice dzieci szkoły w Raszowej – która nie powstała od klasy pierwszej, ale została przez nas przejęta z wszystkimi uczniami. Były trudności, oczywiście, na różnych szczeblach. Trzeba się było wzajemnie poznać, zdobyć zaufanie rodziców, pokazać dobrą pracę, trzeba było wykazać się solidnością, jakością w nauczaniu i wzajemnych kontaktach. To były początki. Z biegiem lat nabywa się doświadczenia i też zupełnie inaczej podchodzi się do różnych spraw i problemów. Łatwo nie było, była to naprawdę pionierska praca.

 

Czy teraz Stowarzyszenie ma już zielone światło i wszystko idzie z górki?

 

Jak to w życiu bywa, przychodzą też problemy, które nas zaskakują, jak np. reforma oświaty. Z jednej strony to radość, przede wszystkim radość rodziców, którzy mają dzieci w naszych placówkach. Dzieci zostają u nas dwa lata dłużej, więc dla uczniów i rodziców jest to ogromna korzyść, zwłaszcza w tym trudnym okresie dojrzewania, te dzieci będą osiem lat w tej samej szkole, pod dobrą, fachową opieką. Natomiast dla nas jako organu prowadzącego to też jest dobre rozwiązanie, tylko że mamy bardzo mało czasu na przygotowanie się, zwłaszcza lokalowe. I tu mamy ogromne trudności zwłaszcza w Raszowej, gdzie mamy fizycznie sześć pomieszczeń i szkoły nie da się rozdmuchać w żaden sposób. W związku z tym rozpoczęła się ogromna inwestycja mająca na celu właśnie pozyskanie dodatkowych pomieszczeń, które spełniają standardy XXI wieku: dobudowa pomieszczeń klasowych, sanitariatów itd. To jest ogromne wyzwanie, zwłaszcza że mamy lipiec, a miesiące szybko mijają.

 

W szkołach stowarzyszeniowych Pro Liberis pracują Państwo metodą Marii Montessori. Jest dużo języka niemieckiego. Jakie jest Pani nastawienie do dwujęzycznego wychowania?

 

Moje nastawienie jest tutaj bardzo pozytywne, mogę podpisać się obiema rękami pod ideą dwujęzyczności. Uważam, że dwujęzyczność, czy nawet wielojęzyczność są właśnie oknem na świat. W tegorocznej edycji MiniMiasta mieliśmy dzieci z Rumunii, które władają rumuńskim i niemieckim, bo chodzą do dwujęzycznych szkół w Rumunii, oraz świetnym angielskim, który usłyszałam podczas wywiadu dla polskiej telewizji. Uważam, że jest to największy skarb, jaki możemy dzieciom dać, dlatego że uczą się języka w sposób naturalny. Pracujemy zwłaszcza w przedszkolach metodą immersji: jedna osoba – jeden język. Kładziemy tutaj duży nacisk na wolontariuszy z Niemiec, którzy towarzyszą nam nie tylko podczas projektów takich jak MiniMiasto, ale też dłużej u nas są i uczestniczą w tym normalnym dniu szkolnym i przedszkolnym. Efekt jest taki, że dzieci, które wcale nie znają języka, po pół roku już rozumieją, zaczynają mówić pierwsze słowa, budować pierwsze zdania.

 

Co daje Pani praca na rzecz mniejszości niemieckiej?

 

Mnie ta praca sprawia ogromną radość, bo to są całe lata zaangażowania. Uważam, że mamy bardzo bogaty region, nie tylko kulturowo, ale także w zakresie potencjału ludzkiego, chociaż niepokoi mnie fakt, że młodzi ludzie z tego regionu nadal wyjeżdżają. Rozumiem, że czynnik ekonomiczny jest bardzo istotny, ale nie przyjmuję argumentu, że nie ma tutaj pracy wcale, ponieważ pracy jest mnóstwo. Praktycznie w każdej branży poszukiwane są osoby do pracy. Warto, aby osoby, które czują się z tym regionem związane, tego regionu nie opuszczały, ponieważ uważam, że są tutaj duże szanse rozwoju dla małych i średnich firm. Warto pojechać na jakiś czas na Zachód, tam zdobyć doświadczenie, wrócić do regionu i na bazie nowych doświadczeń stworzyć sobie, a może i innym dobre miejsca pracy.

 

Czego życzy Pani mniejszości niemieckiej na przyszłość?

 

Życzę mniejszości niemieckiej przede wszystkim dobrej edukacji. Poza tym pozytywnego wizerunku mniejszości niemieckiej w regionie. Budowania relacji bazującej na wzajemnym zaufaniu i zrozumieniu ze strony mniejszości dla większości i na odwrót. Abyśmy czuli się tutaj bezpiecznie, dobrze, akceptowani. Aby mniejszość mogła swobodnie kultywować swoją tradycję i kulturę i aby była w pełni akceptowana przez większość.

 

***

Mit Barbara Loch, Vorstandsmitglied und Geschäftsführerin des Vereins Pro Liberis Silesiae, der drei zweisprachige Schulen und Kindergärten betreibt, sprach Manuela Leibig.

 

Seit wann engagieren Sie sich für Organisationen der deutschen Minderheit?

 

Mein Engagement für die deutsche Minderheit begann sehr früh. Ich identifiziere mich stark mit der deutschen Minderheit. Mich interessiert die Problematik der nationalen Minderheiten als solche. Ich denke, wir leben in einer sehr interessanten Region, an einer Schnittstelle von Kulturen. Das waren bereits in meiner Schul- und auch Studienzeit meine Interessen, die ich über mein späteres Engagement – auch beruflich beim Haus der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit – weiterentwickelte. Auch mit der Jugend und ihren Organisationen stand ich schon immer in Kontakt, so etwa über das Pilotprojekt Jugendakademie, dessen erste Auflagen ich leitete. Ich hatte damit ständige Kontakte mit interessierten Jugendlichen aus der Minderheit aus ganz Oberschlesien und wusste daher, was in diesen Organisationen geschah und was ihre Stärken und Schwächen sind. Ich war bemüht, sie zu unterstützen und zu motivieren, denn auch das ist sehr wichtig bei der Arbeit von Jugendorganisationen.

 

Sie sind eine Stütze des Vereins Pro Liberis Silesiae. Wie hat es begonnen, was heute so phänomenal ist?

 

Es begann damit, dass ich nach dem Studium fünf Jahre lang am Haus der Deutsch-Polnischen Zusammenarbeit tätig war. Nach dieser intensiven Zeit, in der ich reiche berufliche Erfahrungen sammelte, viele Menschen und die ganze Region kennenlernte, war ich zwei Jahre in Berlin und arbeitete dort mit dem Bundesbeauftragten für nationale Minderheiten in Deutschland und deutsche Minderheiten, Dr. Christoph Bergner, zusammen. Nach dieser äußerst wertvollen Auslandszeit, die mir ebenfalls sehr viele berufliche Erfahrungen brachte, stellte sich für mich zunächst die Frage: Wie soll es nun weitergehen? Und so begann ich dann 2008 zusammen mit einigen anderen Personen, den Verein Pro Liberis Silesiae aufzubauen. Es war eine bildungspolitische Basisinitiative, eine andere Bildungsvision und ein Versuch, etwas anderes, interessantes für Kinder der Region zu tun.

 

Sie sprechen von einer Basisinitiative von einigen wenigen Menschen. Was war in diesen letzten neun Jahren besonders schwierig?

 

Besonders schwierig waren die Anfänge. Wir fanden uns dabei in einer neuen Rolle, ebenso wie die Eltern der Kinder der Schule in Raschau, die wir nicht von der ersten Klasse an aufgebaut, sondern mit allen Schülern übernommen hatten. Schwierigkeiten gab es natürlich auf verschiedenen Ebenen. Man musste ja sich erst gegenseitig kennenlernen, das Vertrauen der Eltern gewinnen, gute Arbeit zeigen, man musste Zuverlässigkeit und Qualität beim Unterricht und bei gegenseitigen Kontakten vorweisen. Das waren die Anfänge. Mit den Jahren erwirbt man Erfahrung und man geht auch ganz anders mit verschiedenen Dingen und Problemen um. Wir hatten es dabei nicht leicht, es war echte Pionierarbeit.

 

Hat Ihr Verein inzwischen grünes Licht und ist alles nun einfacher geworden?

 

Wie das Leben so spielt, kommen auch jetzt noch Probleme, die uns überraschen, so z.B. die Bildungsreform. Auf der einen Seite ist es eine Freude, vor allem für die Eltern, die ihre Kinder bei uns haben. Die Kinder bleiben nun zwei Jahre länger bei uns, es ist also ein großer Nutzen für die Schüler und die Eltern, zumal in der schwierigen Pubertätszeit, wo die Kinder nunmehr acht Jahre lang in derselben Schule gut und fachmännisch betreut werden. Auch für uns als Träger ist dies eine gute Lösung, wenngleich wir dabei sehr wenig Zeit haben, uns vorzubereiten, vor allem raumtechnisch. Große Schwierigkeiten gibt es damit insbesondere in Raschau, wo unsere Kapazitäten mit praktisch nur sechs Räumen sehr knapp bemessen sind. Es hat nun daher ein großes Anbauprojekt begonnen, um zusätzliche Räume zu schaffen, die den Standards des 21. Jahrhunderts gerecht werden: Klassenzimmer, Toiletten usw. Dies ist eine riesige Herausforderung, zumal wir ja schon den Juli haben und die Monate schnell vergehen.

 

Die Vereinsschulen von Pro Liberis arbeiten mit der Methode von Maria Montessori und es gibt auch viel Deutsch. Wie stehen Sie zur zweisprachigen Erziehung?

 

Meine Einstellung ist hier sehr positiv, ich kann die Idee der Zweisprachigkeit mit beiden Händen unterschreiben. Ich sehe die Zweisprachigkeit oder gar Mehrsprachigkeit als ein Fenster zur Welt. So hatten wir bei der diesjährigen Auflage der Kinderspielstadt auch Kinder aus Rumänien, die als Bilingualschüler Rumänisch und Deutsch beherrschen und außerdem noch hervorragend Englisch sprechen, was ich in einem Interview für das polnische Fernsehen hören konnte. Ich denke, es ist der größte Schatz, den wir den Kindern geben können, da sie die Sprache auf natürliche Weise lernen. Wir arbeiten insbesondere in den Kindergärten mit der Immersionsmethode: eine Person, eine Sprache. Dabei legen wir großen Nachdruck auf Volontäre aus Deutschland, die uns nicht nur bei Projekten wie der Kinderspielstadt begleiten, sondern auch länger bei uns bleiben und am normalen Schul- und Kindergartentag teilnehmen. Die Folge ist, dass Kinder, die überhaupt kein Deutsch können, nach einem halben Jahr bereits verstehen und damit beginnen, erste Worte zu sprechen und erste Sätze zu formulieren.

 

Was bringt Ihnen die Arbeit für die deutsche Minderheit?

 

Diese Arbeit bereitet mir große Freude, und das schon jahrelang. Ich glaube, wir haben eine sehr reiche Region, nicht nur kulturell, sondern auch beim Menschenpotenzial. Was mich dabei allerdings beunruhigt, ist die Tatsache, dass junge Menschen noch immer aus der Region abwandern. Ich verstehe zwar, dass der wirtschaftliche Faktor sehr wichtig ist, aber ich kann nicht das Argument akzeptieren, dass es hier gar keine Arbeit gebe. Arbeit gibt es zuhauf. In so gut wie jeder Branche werden Arbeitskräfte gesucht. Es wäre wünschenswert, dass diejenigen Menschen, die sich mit dieser Region verbunden fühlen, sie nicht verlassen, zumal es hier meines Erachtens gute Entwicklungschancen für kleine und mittelständische Firmen gibt. Es lohnt sich allerdings, für eine Weile nach Westen zu ziehen, dort Erfahrungen zu sammeln und anschließend wieder in die Heimat zurückzukehren, um auf der Basis neuer Erfahrungen gute Arbeitsplätze für sich und vielleicht auch für andere zu schaffen.

 

Was würden Sie der deutschen Minderheit für die Zukunft wünschen?

 

Ich wünsche der deutschen Minderheit vor allem eine gute Bildung. Außerdem ein positives Image in der Region. Den Aufbau von Beziehungen, die auf gegenseitigem Vertrauen und Verständnis zwischen Minderheit und Mehrheit basieren. Und dass wir uns hier sicher, gut und akzeptiert fühlen. Dass die Minderheit ihre Traditionen und Kultur ungehindert pflegen kann und voll und ganz von der Mehrheitsbevölkerung akzeptiert wird.