„Ich habe meine nationale Zugehörigkeit mit der Muttermilch aufgesogen“, sagt Hubert Ibrom
Foto: privat

Z Hubertem Ibromem, radnym powiatu strzeleckiego z ramienia mniejszości niemieckiej i trenerem w Niemieckojęzycznej Szkółce Piłkarskiej „Miro” w Leśnicy, rozmawia Anna Durecka.

 

Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie. W jakim domu się Pan wychował? Czy język niemiecki był w nim obecny?

 

Urodziłem się i wychowałem w domu, w którym zawsze duży nacisk był położony na kwestie przynależności regionalnej. Tak że można powiedzieć, że od dziecka byłem gorliwym patriotą lokalnym, który był świadomy różnorodności Śląska i wspaniałych rzeczy, które z tego płyną. U mnie w domu ten Śląsk był ślonski oraz niemiecki. Ten drugi przez wzgląd na moich dziadków, którzy bardzo słabo mówili po polsku, a ołma ze strony fatra, do końca życia myślała yno po niemiecku. Taka mała anegdota: mój świętej pamięci fater (nie ojciec, tak jak ołma i ołpa, a nie dziadek i babcia), pracując w latach dziewięćdziesiątych w Niemczech, miał na koszulce flagę polską i niemiecką – chciał śląskiej flagi, ale taka nie była dostępna.

 

Kiedy zaczął Pan świadomie zastanawiać się nad swoją tożsamością? Jak budziła się w panu niemieckość? Czy była to dla pana kwestia oczywista, że ma niemieckie pochodzenie?

 

Kwestię przynależności narodowej wyssałem z mlekiem matki – od zawsze wiedziałem, że jestem Ślonzokiem z niemieckimi korzeniami, który mieszka w Polsce. Każdy z moich znajomych to wie i to rozumie. Szkoda, że żyjemy w środowisku, które w bardzo dużym stopniu, zamiast cieszyć się ze wspaniałego miejsca, które nas otacza, bogactwa kultur, obyczajów, skupia się na podsycanej przez polityków, kwestii chadziai i goroli. Im mniej polityki, tym lepiej – zastosujmy to w naszym życiu i starajmy się zobaczyć człowieka, a nie narodowość, mogę się założyć z każdym o „dobroł flaszka”, że będzie mu się lepiej żyło.

 

Czy interesował się Pan losami swojej rodziny, swoim pochodzeniem? Czy miało to wpływ na kształtowanie się pana tożsamości?

 

Oczywiście! U mnie w domu razem z wychowaniem w duchu patriotyzmu regionalnego ważna była nauka historii regionalnej oraz historii własnej rodziny. Od zawsze się nimi interesowałem, czytałem dużo publikacji na temat Śląska i rozmawiałem z najstarszymi osobami w rodzinie o losach mojej familii, które czasami były niezwykle interesujące i burzliwe – tak jak losy naszego Heimatu. W życiu musi być równowaga, w szkole, o zgrozo, nie nauczymy się o wielu kwestiach, które są przewspaniałe w historii Śląska. Będąc w gimnazjum, przyjąłem sobie za misję naukę tych rzeczy, o których żaden z moich znajomych nie wiedział. I tak zrobiłem prezentację z biografiami śląskich noblistów, w ogólniaku dodałem do niej sylwetki innych znakomitych postaci związanych ze Śląskiem. Myślałem, że zrewolucjonizowałem świat. Ale niestety w rozmowie przy piwie z kolegami na studiach ci nie wiedzieli, kim był Oscar Troplowitz. A byli z Gliwic. Edukacja wymaga zmian, bo to jest gańba, że więcej wiemy o starożytnym Egipcie niż o wynalazcy kremu Nivea.

 

Czy zna Pan język niemiecki? Jeśli tak, jak Pan się go nauczył? Czy dwujęzyczność jest dla pana istotna?

 

Znam język niemiecki. Od dziecka wychowywałem się w środowisku, które „gołdało” i „szprechało”, a dopiero na trzecim miejscu „mówiło”. Niemieckiego nauczyłem się od dziadków i rodziny mieszkającej w Niemczech. Praktycznie każde wakacje spędzałem za zachodnią granicą, gdzie po dziś dzień mam wielu znajomych, z którymi za młodu szlifowałem język niemiecki. Teraz wykorzystuję tę umiejętność na co dzień w kontaktach z kontrahentami z niemieckojęzycznych krajów. Myślę, że znajomość języka to wspaniały atut w momencie szukania pracy, wyjazdu na studia, poznawania nowych kultur czy ludzi – a to jest najpiękniejsze w naszym życiu – kolekcjonowanie nowych doświadczeń.

 

Czy uważa Pan, że ma Pan jakieś typowe niemieckie cechy charakteru – jeśli uznamy, że takie istnieją?

 

Tak i to może potwierdzić chyba każdy mój znajomy, że staram się być punktualny i zazwyczaj dobrze zorganizowany. Te cechy posiadam, odkąd pamiętam, i jest mi głupio, jak się spóźnię na jakieś spotkanie. Te cechy obecnie bardzo ułatwiają mi życie, organizując mój czas między pracę zawodową (jako spedytor międzynarodowy i trener piłkarski), społeczną (radny powiatu strzeleckiego) oraz prywatną.

 

Na swojej drodze zawodowej i społecznej związał się pan z mniejszością niemiecką. Jak to się stało, jak zetknął się Pan z jej organizacjami? Jak trafił pan do struktur DFK?

 

Członkiem DFK jestem stosunkowo niedługo, bo od 2014 roku, ale praktycznie całe życie obracam się w kręgu mniejszościowym dzięki mojej mamie, która była radną gminną z ramienia mniejszości i później sołtyską mojej miejscowości i przez to chcąc (to bardziej) czy nie chcąc pomagałem w organizowaniu różnego typu wydarzeń mniejszościowych. Cieszę się z tego powodu, że prowadzę swoją działalność społeczną pod szyldem mniejszości, gdyż nie jest ona partią polityczną i będąc w jej szeregach, mogę prezentować swoje zdanie na każdy temat, nie bojąc się oddechu prezesa. Ponadto mniejszość niemiecka nie ma tylko zwolenników z ausweisem, ale także innych, którym leży na sercu dobro naszego Heimatu. Jest to partia, która siedzibę ma w każdym domu województwa opolskiego, a nie w odległej Warszawie. Przez to rozliczani jesteśmy każdego dnia i wiem, że wykonując moją pracę źle, nie będę mógł w spokoju spotkać się ze znajomymi, bo oni mnie zapytają: co żeś, Hubert, tam nawyprawioł?!

 

Czym dokładnie zajmuje się Pan jako samorządowiec, jakie są pana priorytety?

 

Dla mnie najważniejszy jest rozwój mojego Heimatu, miejsca, które kocham od dziecka. Chciałbym dla niego jak najlepiej i każdego dnia wstaję z myślą o poprawie jego otoczenia. Śląsk jest piękny swoją różnorodnością i staram się łączyć, a nie dzielić środowiska, które tu mieszkają. Śląsk jest naszym domem, gdzie każda wskazówka poprawiająca jego wygląd jest cenna – i te staram się wyłapywać i przekazywać dalej. Czy mi się udaje – o to należy zapytać mieszkańców mojej najpiękniejszej na świecie gminy Ujazd.

 

***

 

Mit Hubert Ibrom, Kreisratsmitglied im Landkreis Groß Strehlitz im Auftrag der Deutschen Minderheit und Trainer in der Deutschen Miro-Fußballschule Leschnitz, sprach Anna Durecka

 

Erzählen Sie bitte über Ihre Kindheit. In was für einer Familie sind Sie aufgewachsen? War die deutsche Sprache dort präsent?

 

Ich bin in einer Familie geboren und aufgewachsen, in der schon immer großer Nachdruck auf die regionale Zugehörigkeit gelegt wurde. Man kann auch sagen, ich war seit meiner Kindheit ein eifriger Lokalpatriot, der sich der Vielfalt Schlesiens und der wundervollen Dinge, die damit verbunden sind, bewusst war. Bei mir zu Hause war dieses Schlesien auch „schlonski“ und deutsch. Letzteres mit Rücksicht auf meine Großeltern, die nur sehr wenig Polnisch sprachen, und meine Oma väterlicherseits dachte bis ans Ende ihres Lebens nur deutsch. Eine kleine Anekdote: Als mein seliger fater (nicht ojciec, so wie im Deutschen Oma und Opa statt Großvater und Großmutter) in den 90er-Jahren in Deutschland arbeitete, hatte er auf seinem T-Shirt die polnische und die deutsche Flagge drauf – eine schlesische wollte er auch, aber es war keine solche verfügbar.

 

Wann haben Sie bewusst damit begonnen, über Ihre Identität nachzudenken? Wie ist in Ihnen Ihr Deutschsein erwacht? War er für Sie etwas Selbstverständliches, dass Sie deutsche Wurzeln haben?

 

Ich habe meine nationale Zugehörigkeit mit der Muttermilch aufgesogen – ich wusste schon immer, dass ich ein Schlonsok mit deutschen Wurzeln bin, der in Polen lebt. Jeder meiner Bekannten weiß das und versteht es. Schade nur, dass wir in einem Umfeld leben, das weitgehend anstatt sich über den herrlichen Ort um uns herum zu freuen, über die Fülle an Kulturen und Gebräuchen, sich auf die von Politikern angefachte Thematik um chadziaje (abwertend Polen) und gorole (abwertend Schlesier) fixiert hat. Je weniger Politik, umso besser – wir sollten das in unserem Leben anwenden und vor allem den Menschen sehen und nicht die Nationalität. Ich kann mit jedem um eine „gute Flasche Schnaps” wetten, dass man damit besser leben kann.

 

Haben Sie sich für das Schicksal Ihrer Familie, für Ihre Herkunft interessiert? Hat sich das bei Ihnen als identitätsstiftend erwiesen?

 

Ja, natürlich. Bei mir zu Hause waren zusammen mit einer Erziehung im Geiste des regionalen Patriotismus auch die Heimatgeschichte und die Geschichte der eigenen Familie wichtig. Ich habe mich schon immer dafür interessiert, habe viele Publikationen über Schlesien gelesen und mit den ältesten Angehörigen meiner Familie über unser Familienschicksal gesprochen. Dieses war mitunter äußerst interessant und stürmisch – so wie das Schicksal unserer Heimat. Im Leben muss es ein Gleichgewicht geben. In der Schule bekommt man, was ich schrecklich finde, viele herrliche Dinge aus der Geschichte Schlesiens gar nicht vermittelt. Als ich Gymnasiast war, machte ich es mir zu einer Mission, diese Dinge zu lernen, von denen keiner meiner Bekannten etwas wusste. Und so machte ich zunächst eine Präsentation mit Biografien der schlesischen Nobelpreisträger und in der Oberschule fügte ich dieser noch weitere herausragende, mit Schlesien verbundene Persönlichkeiten hinzu. Ich dachte, ich hätte damit die Welt revolutioniert. Doch leider stellte sich in einem Gespräch bei Bier mit Studienkollegen heraus, dass diese nicht wussten, wer Oscar Troplowitz war. Dabei waren sie ja aus Gleiwitz. Das Bildungswesen müsste verändert werden, denn es ist eine Schande, dass wir mehr über das Alte Ägypten wissen als über den Erfinder der Nivea-Creme.

 

Sprechen Sie die deutsche Sprache? Wenn ja, wie haben Sie sie gelernt? Ist Zweisprachigkeit Ihnen wichtig?

 

Ja, ich kann Deutsch. Ich bin seit meiner Kindheit in einem Umfeld aufgewachsen, wo es hieß zuerst goudatsch und sprechatsch (Mundart) und erst an dritter Stelle muwitsch (polnisch sprechen). Deutsch lernte ich von meinen Großeltern und meinen Verwandten aus Deutschland. So gut wie jede Sommerferien verbrachte ich hinter der westlichen Grenze, wo ich bis heute viele Bekannte habe, bei denen ich in meinen jungen Jahren mein Deutsch immer wieder aufpolieren konnte. Jetzt nutze ich diese Fähigkeit im Alltag bei Kontakten mit Geschäftspartnern aus den deutschsprachigen Ländern. Ich sehe Sprachkenntnisse als eine großartige Trumpfkarte bei der Jobsuche, bei einem Auslandsstudium, beim Kennenlernen neuer Kulturen und Menschen. Und das ist ja das Schönste in unserem Leben: neue Erfahrungen sammeln.

 

Glauben Sie, dass Sie auch typisch deutsche Charakterzüge haben? Einmal angenommen, dass es solche gibt.

 

Ja, und das kann wohl jeder meiner Bekannter bestätigen, etwa dass ich mich bemühe, pünktlich zu sein, und dass ich für gewöhnlich gut organisiert bin. Diese Eigenschaften habe ich, seit ich denken kann, und es ist mir z.B. jedes Mal peinlich, wenn ich mich zu einem Treffen verspäte. Diese Eigenschaften machen mir das Leben derzeit viel leichter, indem sie meine Zeit organisieren zwischen Beruf (als internationaler Spediteur und Fußballtrainer), Ehrenamt (Ratsmitglied im Landkreis Groß Strehlitz) und Privatleben.

 

Sie haben sich auf ihrem beruflichen und ehrenamtlichen Weg mit der Deutschen Minderheit verbunden. Wie kam es dazu dass Sie mit Organisationen der Minderheit in Berührung gekommen sind? Wie kamen Sie in die DFK-Strukturen?

 

Ein DFK-Mitglied bin ich relativ kurz, seit 2014, aber ich bewege mich praktisch mein Leben lang in Kreisen der Minderheit, und zwar dank meiner Mutter, die eine Gemeinderätin im Auftrag der Minderheit und später Dorfvorsteherin meines Heimatortes war. Und so fügte sich, dass ich nolens volens (eher Letzteres) bei der Organisation verschiedener Minderheitenevents mitmachte. Und ich freue mich, dass meine ehrenamtliche Tätigkeit unter dem Schild der Minderheit stattfindet, denn diese ist keine politische Partei und ich kann daher auch als Mitglied meine Meinung zu jedem Thema vertreten, ohne „den Atem eines Parteivorsitzenden“ fürchten zu müssen. Außerdem hat die deutsche Minderheit nicht nur Anhänger mit einem Staatsangehörigkeitsausweis, sondern auch andere, denen das Wohl unserer Heimat am Herzen liegt. Dies ist eine Organisation, die ihren Sitz in jedem Haus und jeder Wohnung der Woiwodschaft Oppeln hat und nicht im fernen Warschau. Dadurch werden wir jeden Tag zur Rechenschaft gezogen und ich weiß: Wenn ich meine Arbeit schlecht verrichte, kann ich mich nicht in aller Ruhe mit Bekannten treffen. Denn die fragen mich dann: Hubert, was hast du denn da alles angerichtet?!

 

Womit genau befassen Sie sich als ehrenamtlicher Kommunalbeamter und was sind Ihre Prioritäten?

 

Das Wichtigste für mich ist das Gedeihen meiner Heimat, des Ortes, den ich seit meiner Kindheit liebe. Ich möchte für sie nur das Beste und ich stehe jeden Tag auf mit dem Gedanken daran, wie ich diesen Ort besser machen kann. Schlesien ist schön durch seine Vielfalt und ich bin bemüht, die Menschen um mich herum nicht zu spalten, sondern sie zu vereinen. Schlesien ist unser Zuhause, daher ist jeder Hinweis, wie man es schöner machen kann, wertvoll. Die versuche ich einzufangen zu weiterzugeben. Ob mir das gelingt, das müsste man die Bewohner meiner weltweit schönsten Gemeinde Ujest fragen.