Proskauer Echo to dziś duet Klaudia i Henryk Lakwowie.
Fot.: prywatne

 

Z Henrykiem Lakwą, liderem zespołu Proskauer Echo, rozmawia Krzysztof Świerc.

 

Proskauer Echo obchodzi w tym roku 25-lecie istnienia! Gratuluję, bo to piękny jubileusz, ale przy tej okazji nasi czytelnicy bardzo często pytają, kiedy dokładnie powstała grupa i gdzie pierwszy raz się zaprezentowała.

Powstaliśmy we wrześniu 1993 roku i nazywaliśmy się wówczas Das Proskauer Echo. Po raz pierwszy natomiast zaprezentowaliśmy się na przeglądzie zespołów muzycznych i orkiestr mniejszości niemieckiej w Leśnicy, gdzie nasz występ się spodobał, a jury przyznało nam wyróżnienie, ale… poza konkursem. Nie wiedziano bowiem, co z nami zrobić, bo nie graliśmy na instrumentach dętych ani też nie byliśmy chórem, lecz zespołem muzycznym. Tak zaczęła się nasza przygoda, najpierw w składzie pięcioosobowym, a po ćwierć wieku tworzymy duet rodzinny – Klaudia i Henryk.

 

Sławni staliście się w ciągu jednej nocy!

To fakt, a stało się tak przy okazji nagrywania naszej pierwszej płyty, kiedy to realizator z Radia Opole zaproponował nam, aby na tym materiale znalazła się piosenka w obronie Opolszczyzny, bo był to czas, kiedy ważyły się losy naszego województwa, krótko mówiąc – jego być albo nie być. Efekt? Wróciliśmy do domu, zastanowiliśmy się nad tą propozycją i powstał protest song „Hej, łostowcie nom Opolskie”. Co ciekawe, nie zdążyliśmy dobrze nagrać tego utworu w studiu, kiedy tego samego wieczoru utwór ten został w Radiu Opole wylansowany! Od tego momentu staliśmy się pewnego rodzaju twarzą walki o Opolszczyznę, a marszałek województwa opolskiego wręczył za to zespołowi odznakę honorową „Za Zasługi dla Województwa Opolskiego”.

 

Gdzie było i jest obecnie studio, w którym nagrywane są utwory Proskauer Echo?

Nie jesteśmy przypisani do konkretnego studia. Zdarza się tak, że raz nagrywamy w Katowicach, innym razem w Piekarach Śląskich lub na przykład w Tarnowskich Górach.

 

Ile płyt wydaliście w ciągu ćwierćwiecza działalności?

Nigdy nie próbowaliśmy liczyć wydanych przez nas płyt, bo niektóre nasze piosenki pojawiały się na tzw. składakach, czyli na płytach, gdzie są różni wykonawcy. Sądzę jednak, że płyt, na których są wyłącznie nasze utwory, było pięć, jedna kolędowa i cztery nietematyczne. Ostatnie wydawnictwo było w 2008 roku ze słynnym utworem dedykowanym naszemu arcybiskupowi Alfonowi Nossolowi – „Ty dajesz nam radość”. Od tego momentu trochę przyhamowaliśmy. Nastąpiła też zmiana w zespole, po której została nas dwójka – żona Klaudia i ja, ale pasja w sercu pozostała, tego zabić się nie da. Ba, po latach wraca z jeszcze większym rozmachem, dlatego nadal komponujemy i komponować będziemy.

 

Kto jest autorem tekstów dla Proskauer Echo?

Wszystkie utwory, które śpiewamy, są autorstwa mojej żony Klaudii. Nie wiem jednak dokładnie, ile ich napisała, ale na pewno będzie ponad sto! Żona pisze wszędzie i przy różnych okazjach, na przykład kiedyś latem byliśmy na wczasach, a Klaudia potrafiła się tak nastroić, że napisała kolędę! À propos kolęd – ostatnia nasza płyta, kiedy już występujemy jako duet, to właśnie „Święta z Proskauer Echo”.

 

Proskauer Echo ma w repertuaże także utwory sakralne.
Fot.: Kori-Art Mateusz Koszyk

Jakoś mnie to nie dziwi, bo swego czasu tworzyliście zespół muzyki religijnej.

To prawda, stanowiliśmy wtedy grupę 13–14-osobową i nazywaliśmy się Genezaret. Były to jednak lata dużych zmian politycznych i w efekcie 70% tego zespołu wyjechało wtedy do Niemiec. W konsekwencji została nas garstka, ale na szczęście był przy nas ksiądz proboszcz, który motywował nas do dalszej działalności, docierając do naszej podświadomości. Efektem było nabożeństwo, na którym zaśpiewaliśmy „Angelus Domini” po niemiecku oraz „Schwarze Madonna”. Ku naszej ogromnej radości reakcja ludzi była bardzo pozytywna, dostrzegł to także nasz ksiądz proboszcz, który wówczas powiedział do nas: „Nie możecie się zmarnować, waszą karierę trzeba kontynuować”. Dzięki temu w 1993 roku zabrał nas na tournée do Niemiec i wtedy już wiedzieliśmy, że śpiewać będziemy nadal, a że mieliśmy pięcioosobowy zespół, to zaczęło się wszystko pięknie układać.

 

Jaki był wasz początkowy repertuar i jak się zmieniał na przestrzeni lat?

Na początku graliśmy i śpiewaliśmy wyłącznie po niemiecku utwory, które znaliśmy z przekazów naszych rodziców, babć, dziadków, a także te, które oglądaliśmy w telewizji niemieckiej i wpadały nam w ucho, no i pasowały głosowo. Trzeba jednak podkreślić, że w okresie, o którym mówię, kwitło życie kulturalne w strukturach TSKN-u, dzięki czemu niemal non stop mieliśmy spotkania i występy, krótko mówiąc – wielkie wzięcie. Niemniej szukaliśmy swojej drogi i pewnego razu dostaliśmy bilety na „serduszkowy koncert życzeń” w Opolu, na którym zobaczyliśmy, że zespoły z województwa śląskiego śpiewają po śląsku. Bardzo nam się to spodobało, a jednocześnie „sprowokowało” i powiedzieliśmy do siebie: przecież nie jesteśmy gorsi! Wynik tego był taki, że napisaliśmy piosenkę „Nudelkula” po śląsku! Następnie utwór ten pojawił się w koncercie życzeń, błyskawicznie się spodobał, ludzie zaczęli sobie go często życzyć i tak stał się niezwykle popularny.

 

A jednocześnie stanowił zachętę do tego, żeby powstawały kolejne utwory po śląsku…

To fakt, a przy tym do niemieckich piosenek ludowych pisaliśmy polskie teksty, dzięki czemu powstała „Sierra Madre”, „Heidi” itd. Kolejnym krokiem było spotkanie z firmą fonograficzną, której przedstawiciele powiedzieli, że dadzą nam muzykę autorską, a naszym zadaniem będzie robienie swojego… Pamiętam, że był to rok 2000 i widzieliśmy też, że rynek śląski jest nie tylko niemieckojęzyczny, że jest to rynek, gdzie gwara śląska i język literacki fajnie się uzupełniają i podatne są na tego rodzaju muzykę. Wynik naszych wysiłków i pracy był taki, że po jednym z koncertów Proskauer Echo ówczesny konsul RFN w Opolu Rolf Papenberg  powiedział, że takich talentów nie wolno marnować. Dodał też, że zorganizuje nam występ w telewizji niemieckiej żeby zobaczyli nas rodacy za zachodnią granicą Polski.

 

Praktyka pokazała, że długo nie czekaliście.

Owszem, szybko zadzwoniła do nas telewizja N3, informując nas, że przygotowuje program „Fröhliche Norden”. Finał tej historii był taki, że zaśpiewaliśmy tam piosenkę „Fern in der Heimat”, a zatem utwór, który dużo wcześniej podarował nam pewien kompozytor w Niemczech, kiedy byliśmy na występach w Königswinter, dokąd jeździliśmy na spotkania „Schlesisches Jugend”, które organizowało tam dzień śląski. Jak wówczas stwierdził ów kompozytor, podarował nam ten utwór dlatego, że idealnie do nas pasuje. Dodam, że piosenka ta okraszona została bardzo ciekawym teledyskiem, powiedziałbym – takim swojskim, o czym świadczy fakt, że wielu naszych znajomych po jego obejrzeniu stwierdziło, że jest on nagrany w Przysieczy nad stawem! I dobrze, że takie było skojarzenie, bo śpiewaliśmy o naszej małej ojczyźnie. Dlatego też występ w tym programie i ten teledysk uważam za przedsięwzięcie szczególnie udane.

 

W 2012 roku z zespołu Proskauer Echo odeszło dwóch członków, co wówczas zrobiliście?

Było nam bardzo przykro, ale skoro pasja w naszych sercach nie wygasła, a moja żona wciąż pisała teksty i pisze, postanowiliśmy wspólnie, że będziemy kontynuować dotychczasową działalność. Zaczęliśmy jednak śpiewać piosenki religijne, ale nie występowaliśmy w województwie opolskim, lecz w kościołach diecezji bielsko-żywieckiej i archidiecezji krakowskiej.

 

Ale na brak fanów nie narzekaliście. Ba, to oni zaczęli zwracać się do was z prośbą, abyście dalej śpiewali, bo bardzo im się podoba.

Faktycznie próśb było bardzo dużo, doszło do tego że w zeszłym roku nagraliśmy z małżonką naszą płytę marzenie – pastorałki własne, kolędy polskie, a nawet „Andachtsjodler”, aby podkreślić, że Proskauer Echo zawsze śpiewało i śpiewać będzie również w języku niemieckim.

 

No właśnie, kiedy będziemy mogli posłuchać nowej płyty Proskauer Echo?

Chcieliśmy, aby wyszła w tym roku, ale to się nie uda, stąd na razie lansowana jest jedna polska piosenka z tej płyty „Razem Ty i ja”, która obecnie zajmuje bardzo wysokie drugie miejsce w Szlagierowej Liście TVS. Mogę jednak zdradzić, że jeśli chodzi o niemieckie utwory, to pojawią się na niej covery G.G. Andersona i zespołu Fernando Express. Reasumując, bardzo dobrze czujemy się z tym, że dane nam było powrócić, że nadal możemy tworzyć i występować, daje nam to poczucie szczęścia i tego, że wciąż jesteśmy potrzebni.

 

Był ku temu konkretny impuls?

To były impulsy! Szereg telefonów, próśb, wpisów w mediach społecznościowych od osób, które nas namawiały, abyśmy wrócili, fanów, którzy twierdzili, że potrzebne są nasze głosy, że tęsknią za klimatami, które tworzyliśmy. Korzystając zatem z okazji, dodam, że Proskauer Echo sprzed dwudziestu lat i obecnie tak naprawdę niewiele się od siebie różni. Było i jest dwoje frontmanów – Klaudia i Heniek – i to się nie zmieniło. Nie zmieniło się z wielu względów, a jednym z nich jest to, co od lat podkreślają i powtarzają nam  realizatorzy: że jesteśmy z żoną doskonale dobrani głosowo, przez co tworzymy dzisiaj praktycznie takie same klimaty jak wcześniej.